Tata odszedł, mama zgasła – czyja to była wina? Moja historia dorastania w cieniu rodzinnej tragedii

– Znowu wróciłeś późno, Andrzej – głos mamy był cichy, ledwie słyszalny spod koca, którym się otuliła. Stałem w progu kuchni, mając osiem lat, i patrzyłem na jej wychudzoną sylwetkę. Tata nawet nie spojrzał w jej stronę. Otworzył lodówkę, wyjął piwo i z głośnym syknięciem otworzył puszkę.

– Pracowałem – rzucił krótko, jakby to miało zamknąć temat. Mama westchnęła, a ja poczułem znajome napięcie w powietrzu. W naszym domu od miesięcy nie było śmiechu.

W małym miasteczku na Mazurach wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich, ale nikt nie mówił o tym, co naprawdę ważne. W latach 90. depresja była słowem obcym, a „nerwy” leczyło się melisą i modlitwą. Mama coraz częściej zostawała w domu, przestawała gotować obiady, nie wychodziła do sklepu. Tata kupił nowego poloneza – błyszczącego, czerwonego. Chwalił się nim sąsiadom, zabierał mnie na krótkie przejażdżki, jakby chciał pokazać, że wszystko jest w porządku.

Ale nie było.

Pamiętam pewien wieczór. Siedziałem przy stole z zeszytem do matematyki. Mama leżała na kanapie, patrząc w sufit. Tata wrócił późno, z zapachem obcych perfum na koszuli.

– Andrzej… – zaczęła mama drżącym głosem.

– Daj spokój, Grażyna – przerwał jej ostro. – Nie mam siły na twoje humory.

Zacisnąłem pięści pod stołem. Chciałem krzyknąć, żeby przestali się kłócić, ale byłem tylko dzieckiem. Wtedy nie rozumiałem, że mama jest chora. Myślałem, że jest leniwa albo zła.

Z czasem tata coraz rzadziej bywał w domu. Zostawiał pieniądze na stole i znikał na całe weekendy. Mama przestała się czesać, chodziła w tej samej nocnej koszuli przez kilka dni. Sąsiadka, pani Zosia, czasem przynosiła nam zupę albo świeże bułki.

– Jacku, musisz być dzielny – mówiła cicho. – Twoja mama potrzebuje pomocy.

Ale nikt nie wiedział jak pomóc. Lekarz rodzinny przepisał mamie jakieś tabletki na uspokojenie i kazał „nie przesadzać”.

Pewnego dnia tata przyjechał nowym samochodem pod dom. Wysiadł z uśmiechem na twarzy i nową kobietą u boku – panią Jolą z urzędu miasta. Mama patrzyła przez firankę, a potem zamknęła się w łazience na kilka godzin.

– Jacku, chodź ze mną – powiedział tata następnego dnia. – Pojedziemy do kina.

Nie chciałem zostawiać mamy samej, ale bałem się sprzeciwić tacie. W kinie śmiał się głośno z komedii Barei, a ja myślałem tylko o tym, czy mama jeszcze płacze.

Po powrocie zastałem ją siedzącą na podłodze w kuchni. Wokół niej leżały potłuczone talerze.

– Przepraszam… – wyszeptała. – Nie umiem być dobrą mamą.

Objąłem ją mocno i poczułem jej drżenie.

W szkole koledzy śmiali się ze mnie:

– Twój stary ma nową babę! – krzyczał Tomek na boisku.

Udawałem, że mnie to nie rusza, ale w środku czułem wstyd i gniew. Nauczycielka zapytała raz:

– Jacku, wszystko w porządku w domu?

Skinąłem głową. Przecież nie mogłem powiedzieć prawdy.

Mama coraz bardziej znikała. Czasem nie poznawała mnie rano. Raz znalazłem ją śpiącą na ławce przed blokiem. Sąsiedzi szeptali:

– Grażyna zwariowała po odejściu męża.

Tata pojawiał się coraz rzadziej. Kiedy przychodził po rzeczy, unikał mojego wzroku.

– Musisz być silny, Jacku – powiedział raz. – Jesteś już dużym chłopcem.

Ale ja nie chciałem być silny. Chciałem mieć rodzinę jak dawniej.

Mama trafiła do szpitala psychiatrycznego po tym, jak próbowała odebrać sobie życie. Babcia zabrała mnie do siebie na wieś. Tam pierwszy raz ktoś powiedział mi wprost:

– To nie twoja wina, Jacku – babcia głaskała mnie po głowie. – Dorośli czasem popełniają błędy.

Tata założył nową rodzinę z Jolą i ich synkiem Kubą. Zapraszał mnie czasem na weekendy do nowego mieszkania w Olsztynie. Było tam czysto i cicho, ale czułem się obco.

– Lubisz Jolę? – zapytał mnie kiedyś tata.

Wzruszyłem ramionami.

– Ona nie jest moją mamą.

Tata spuścił wzrok i już więcej nie pytał.

Mama wróciła ze szpitala jeszcze bardziej wycofana. Siedziała godzinami przy oknie i patrzyła na drzewa za blokiem.

– Przepraszam cię za wszystko – mówiła często. – Gdyby tata cię kochał…

Ale ja wiedziałem już wtedy, że to nie takie proste. Że dorosłość to ciągłe wybory i ich konsekwencje.

Dziś mam trzydzieści lat i własną rodzinę. Często wracam myślami do tamtych dni i pytam siebie: czy tata miał prawo szukać szczęścia gdzie indziej? Czy mama mogła walczyć o siebie mocniej? Czy gdyby ktoś wtedy rozumiał depresję lepiej, wszystko potoczyłoby się inaczej?

Czasem patrzę na swoje dzieci i boję się powtórzyć błędy rodziców. Czy można wybaczyć ojcu odejście? Czy można przestać mieć żal do matki za jej słabość? A może to wszystko było po prostu losem?

Czy wy też macie takie wspomnienia? Czy można naprawić to, co zostało złamane dawno temu?