Siła w wierze: Moja ośmioletnia walka o godność i miłość
— Znowu nie przyszedł? — zapytałam cicho, patrząc na zegar, który od lat wisiał nad drzwiami kuchni. Była już prawie dziewiętnasta, a synowa, Marta, obiecała, że dziś przyjdzie wcześniej. Siedziałam przy stole, ściskając w dłoniach różaniec, który był moją jedyną pociechą od miesięcy. W pokoju obok leżał pan Stanisław — ojciec Marty, człowiek, którego los postawił na mojej drodze w najtrudniejszym momencie mojego życia.
Nie byłam gotowa na tę rolę. Kiedy osiem lat temu zadzwonił telefon i usłyszałam głos syna: „Mamo, czy możesz pomóc Marcie? Jej tata jest po udarze, nie ma kto się nim zająć…”, nie miałam odwagi odmówić. Przecież rodzina jest najważniejsza — tak mnie wychowano. Ale nikt nie powiedział mi wtedy, że ta decyzja będzie początkiem końca mojego spokoju.
Pan Stanisław był kiedyś silnym mężczyzną, pracował jako kierowca autobusu miejskiego w Krakowie. Teraz leżał przykuty do łóżka, z trudem rozumiejąc świat wokół siebie. Każdego dnia myłam go, karmiłam, zmieniałam pościel i próbowałam rozmawiać — choć odpowiedzi były coraz rzadsze. Czasem patrzył na mnie z takim smutkiem w oczach, że czułam się winna za wszystko, co go spotkało.
Marta pojawiała się coraz rzadziej. Zawsze miała wymówkę: praca, dzieci, zmęczenie. Mój syn — jej mąż — wyjechał do Niemiec za pracą i wracał tylko na święta. Zostaliśmy sami: ja i pan Stanisław. Każdego dnia modliłam się o siłę. „Boże, daj mi cierpliwość”, powtarzałam w myślach, kiedy po raz kolejny słyszałam krzyk bólu albo widziałam łzy bezradności na jego twarzy.
Pewnego wieczoru Marta przyszła nieoczekiwanie. Weszła do kuchni bez słowa powitania, rzuciła torbę na krzesło i zaczęła przeglądać telefon.
— Długo jeszcze to potrwa? — zapytała nagle, nie patrząc mi w oczy.
Zamarłam. — Co masz na myśli?
— Tata… On już się nie poprawi. Może lepiej byłoby… — urwała.
Poczułam zimny dreszcz na plecach. Czy naprawdę sugeruje to, co myślę?
— Marta, to twój ojciec — wyszeptałam.
— Wiem — odpowiedziała chłodno. — Ale ja nie mam już siły.
Wtedy zrozumiałam, że jestem sama. Że nikt nie doceni tego, co robię. Że moja ofiara jest dla nich czymś oczywistym, jak powietrze.
Przez kolejne miesiące żyłam jak w transie. Każdy dzień był taki sam: pobudka o szóstej rano, podanie leków, śniadanie dla pana Stanisława, pranie, sprzątanie… Wieczorem siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Czułam się niewidzialna. Sąsiedzi czasem pytali: „Jak pani daje radę?” Uśmiechałam się wtedy smutno i mówiłam: „Modlę się”. Bo tylko modlitwa trzymała mnie przy życiu.
Najgorsze były święta. Wszyscy przychodzili do stołu: Marta z dziećmi, mój syn z Niemiec… Ale nikt nie pytał mnie o zdanie. Nikt nie powiedział „dziękuję”. Czułam się jak służąca we własnym domu. Kiedyś usłyszałam przez przypadek rozmowę Marty z moim synem:
— Mama przesadza z tą opieką. Może powinniśmy oddać tatę do domu opieki?
Serce mi pękło. Przecież robiłam wszystko z miłości — nie dla pochwał czy pieniędzy.
Pewnej nocy pan Stanisław dostał gorączki. Siedziałam przy nim całą noc, trzymając go za rękę i szeptając modlitwy. Nad ranem spojrzał na mnie i wyszeptał: „Dziękuję”. To jedno słowo wystarczyło, by poczuć sens tych wszystkich lat.
Ale rodzina dalej była głucha na moje potrzeby. Gdy pan Stanisław zmarł po ośmiu latach walki, Marta przyszła do mnie tylko po to, by zapytać o dokumenty i klucze do mieszkania ojca. Nie było łez ani słowa wdzięczności.
Po pogrzebie zostałam sama w pustym domu. Przez pierwsze dni chodziłam od pokoju do pokoju, szukając śladów pana Stanisława: jego ulubionego swetra, zdjęcia z młodości… Modliłam się jeszcze więcej niż zwykle. Pytałam Boga: „Dlaczego tak musi być? Dlaczego dobroć jest karana samotnością?”
Dziś minął już rok od śmierci pana Stanisława. Często wracam myślami do tamtych dni: do bólu, zmęczenia i tej jednej chwili wdzięczności. Wiem jedno — bez wiary nie przetrwałabym ani dnia. Modlitwa była moją tarczą przed rozpaczą.
Czasem zastanawiam się: czy warto poświęcać siebie dla innych? Czy dobro naprawdę wraca? A może najważniejsze jest to, co zostaje w naszym sercu — nawet jeśli nikt tego nie zauważy?