Przyszłam do synowej o 10 rano: dzieci bawią się same, ona śpi – a potem narzeka, że jest zmęczona

Była dziesiąta rano, kiedy stanęłam pod drzwiami mieszkania mojego syna. Klucz obracał się w zamku z cichym kliknięciem, bo przecież mam zapasowy – na wszelki wypadek, gdyby coś się stało. W środku panowała cisza, przerywana tylko cichym śmiechem dzieci. Zajrzałam do salonu – Staś i Michałek, moi wnukowie, bawili się klockami na dywanie. Rozejrzałam się, ale nie zobaczyłam synowej. Z kuchni nie dochodził żaden zapach obiadu, nawet kawa nie była zaparzona. Zajrzałam do sypialni – i wtedy zamarłam.

Ona spała. W biały dzień, z głową wtuloną w poduszkę, przykryta kołdrą po uszy. Przez chwilę stałam w progu, nie mogąc uwierzyć. Dzieci same w salonie, a ona śpi! Przypomniałam sobie, jak to było, kiedy mój syn był mały. Wstawałam o szóstej, gotowałam śniadanie, potem sprzątałam, prałam, bawiłam się z dzieckiem, a potem jeszcze szłam do pracy. Nie było mowy o drzemce w ciągu dnia.

Wróciłam do salonu, usiadłam na kanapie i przyglądałam się chłopcom. Byli grzeczni, ale co by było, gdyby coś się stało? Gdyby Staś się przewrócił, a Michałek zadławił? Po pół godzinie synowa w końcu się obudziła. Przyszła do salonu w piżamie, z rozczochranymi włosami i zaspanymi oczami. Spojrzała na mnie zaskoczona:

– O, dzień dobry, nie słyszałam, że przyszłaś…

– Dzień dobry, Aniu – odpowiedziałam chłodno. – Dzieci same się bawią, a ty śpisz? Syn w pracy, a tu nawet śniadania nie ma.

Zmieszała się, spuściła wzrok.

– Chłopcy wstali dziś bardzo wcześnie, nie dałam rady…

– A ja, jak miałam małe dziecko, to nie spałam do południa! – nie wytrzymałam. – Trzeba się zająć domem, dziećmi, obiadem. Mój syn ciężko pracuje, a ty nawet nie masz czasu ugotować zupy?

Poczułam, jak narasta we mnie złość. Przecież ona nie pracuje, siedzi w domu, a ciągle narzeka, że nie ma czasu na nic. Zawsze, kiedy dzwonię do syna, słyszę, że Ania jest zmęczona, że nie zdążyła zrobić zakupów, że nie ma obiadu. A przecież ja, kiedy byłam w jej wieku, miałam gorzej – nie było pampersów, gotowych obiadków, pralki automatycznej. Wszystko robiło się ręcznie, a mimo to dom był czysty, dziecko zadbane, a mąż zadowolony.

Ania zaczęła się tłumaczyć:

– Naprawdę staram się, ale chłopcy są bardzo żywi, nie mam chwili dla siebie. Michałek nie śpi w dzień, Staś ciągle coś chce…

– Ale przecież to twoja rola! – przerwałam jej. – Mój syn pracuje, żebyście mieli na życie, a ty powinnaś zadbać o dom. Nie rozumiem, jak można być tak zmęczoną, siedząc w domu.

Widziałam, że łzy napływają jej do oczu. Przez chwilę zrobiło mi się jej żal, ale zaraz przypomniałam sobie, ile ja musiałam znosić. Czy ona naprawdę nie widzi, jak bardzo jest niewdzięczna?

Po południu zadzwoniłam do syna. Musiałam mu powiedzieć, co zobaczyłam. Opowiedziałam wszystko – że dzieci same, że Ania spała, że w domu bałagan. Marek milczał przez chwilę, a potem powiedział cicho:

– Mamo, Ania naprawdę się stara. Chłopcy są bardzo wymagający, a ona nie ma nikogo do pomocy. Ja wracam późno, ona jest sama cały dzień.

– Ale ja też byłam sama! – wybuchłam. – I dawałam radę!

– Czasy się zmieniły, mamo – odpowiedział. – Ty miałaś sąsiadki, babcię, ciocię. Ania nie ma nikogo. Nie oceniaj jej tak surowo.

Nie mogłam tego zrozumieć. Przecież ja też miałam ciężko, a nie narzekałam. Czy naprawdę jestem aż tak surowa? Czy może dzisiejsze młode kobiety są po prostu słabsze?

Kilka dni później przyszłam znowu. Tym razem Ania była już ubrana, dzieci bawiły się w kuchni, a na stole stała zupa. Ale widziałam, że jest przygaszona, unika mojego wzroku. Próbowałam zagadać, zaproponowałam pomoc, ale ona tylko kiwała głową, odpowiadała półsłówkami. Czułam, że coś się zmieniło. Wieczorem zadzwonił Marek.

– Mamo, Ania jest bardzo przygnębiona. Powiedziała, że czuje się oceniana, że nie jest wystarczająco dobrą matką. Proszę, nie naciskaj na nią tak bardzo.

Zrobiło mi się przykro. Nie chciałam jej skrzywdzić. Chciałam tylko, żeby mój syn miał szczęśliwą rodzinę, żeby dzieci były zadbane, a dom pełen ciepła. Ale czy moje wymagania są zbyt wysokie? Czy może naprawdę nie rozumiem, jak wygląda dziś macierzyństwo?

Pamiętam, jak kiedyś moja mama mówiła mi, że każda kobieta musi być silna, bo życie nie jest łatwe. Ale czy to znaczy, że nie wolno nam być zmęczonymi? Że nie wolno nam prosić o pomoc?

Dziś patrzę na Anię i widzę w niej siebie sprzed lat – tylko świat wokół się zmienił. Może powinnam bardziej ją wspierać, zamiast oceniać? Może powinnam zapytać, czego potrzebuje, zamiast wytykać jej błędy?

Czy naprawdę jestem złą teściową, czy po prostu nie potrafię zrozumieć nowego świata? Czy Wy też macie takie doświadczenia? Jak znaleźć równowagę między troską a krytyką? Czekam na Wasze historie, bo czuję się zagubiona jak nigdy wcześniej.