Przeprowadziliśmy Mamę do Miasta, by Pomagała z Dziećmi. Ale Ona Miała Własne Plany…

– Mamo, możesz dzisiaj odebrać Zosię z przedszkola? – zapytałam, ledwo łapiąc oddech między jednym a drugim telefonem w pracy.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Słyszałam tylko szum miasta za jej oknem. W końcu odpowiedziała spokojnie:

– Dzisiaj nie mogę, Aniu. Mam jogę o siedemnastej.

Zamarłam. Joga? Przecież miała tu być dla nas, dla dzieci! Po to ją ściągnęliśmy z rodzinnego domu w Sieradzu do Warszawy, żeby pomagała nam ogarnąć ten codzienny chaos. Przecież sama mówiła, że na wsi się nudzi, że tęskni za wnukami. A teraz joga? W środku tygodnia?

Odstawiłam kubek z kawą tak gwałtownie, że rozlałam trochę na biurko. W pracy czułam się jak na polu minowym – szefowa coraz częściej patrzyła na mnie spod byka, bo przez dzieciaki ciągle się spóźniałam albo wychodziłam wcześniej. Mój mąż, Tomek, też nie był wsparciem – jego firma właśnie przechodziła restrukturyzację i wracał do domu coraz później. Mama miała być moją deską ratunku.

Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam z mamą przy kuchennym stole. Przez chwilę milczałyśmy, każda z nas mieszając herbatę bez słowa.

– Mamo, czy ty naprawdę musisz chodzić na tę jogę? – zaczęłam ostrożnie. – Przecież mówiłaś, że chcesz być bliżej wnuków.

Mama spojrzała na mnie uważnie. W jej oczach zobaczyłam coś nowego – może cień buntu?

– Aniu, całe życie byłam dla kogoś – najpierw dla twojego ojca, potem dla ciebie i twojego brata. Teraz chciałabym zrobić coś dla siebie. To tylko dwie godziny w tygodniu.

Poczułam, jak narasta we mnie złość. Czy ona nie rozumie, jak bardzo jej potrzebuję? Czy nie widzi, że bez niej wszystko się sypie?

– Ale my tu nie mamy nikogo innego! – wybuchłam. – Ty jesteś jedyną osobą, na którą mogę liczyć!

Mama westchnęła ciężko i spojrzała przez okno na ciemne miasto.

– Aniu, ja cię kocham i chcę pomagać. Ale nie mogę być tylko babcią na pełen etat. Chcę mieć też swoje życie.

Wstała i wyszła do swojego pokoju. Zostałam sama z poczuciem winy i żalu.

Następnego dnia w pracy znów dostałam reprymendę za spóźnienie. Tomek zadzwonił, że nie zdąży odebrać dzieci. Znowu musiałam prosić mamę o pomoc. Odpowiedziała bez entuzjazmu:

– Dobrze, ale tylko dziś. Jutro mam spotkanie klubu książki.

Klub książki? Czy ona naprawdę zaczyna nowe życie?

Wieczorem usiadłam z Tomkiem na kanapie.

– Twoja mama chyba się zmieniła – powiedział cicho. – Może powinniśmy ją trochę odpuścić?

Spojrzałam na niego ze łzami w oczach.

– Ale jak ja mam to wszystko pogodzić? Praca, dzieci, dom…

Tomek przytulił mnie mocno.

– Może czas poszukać opiekunki? Albo poprosić o elastyczny czas pracy?

Nie chciałam tego słyszeć. Przecież to mama powinna być przy nas.

Kilka dni później Zosia przyszła ze szkoły smutna.

– Mamusiu, babcia powiedziała, że nie może ze mną iść na plac zabaw, bo idzie na warsztaty malarskie…

Poczułam ukłucie zazdrości. Mama miała teraz więcej znajomych niż ja! Zaczęła się uśmiechać częściej niż przez ostatnie lata.

W końcu zebrałam się na odwagę i zapytałam ją wprost:

– Mamo, czy ty żałujesz tej przeprowadzki?

Uśmiechnęła się smutno.

– Nie żałuję. Ale chcę żyć po swojemu. Pomogę wam, kiedy będę mogła, ale nie chcę już być tylko dodatkiem do waszego życia.

Te słowa bolały bardziej niż myślałam. Przez kilka dni chodziłam jak struta. W pracy poprosiłam o możliwość pracy zdalnej dwa razy w tygodniu. Zaczęliśmy rozglądać się za opiekunką do dzieci.

Mama była obecna – ale już nie tak jak kiedyś. Czasem zabierała dzieci na lody albo czytała im bajki wieczorem, ale coraz częściej miała swoje plany: joga, teatr, spotkania z koleżankami.

Z czasem zaczęłam dostrzegać zmiany także w sobie. Przestałam traktować mamę jak oczywistość. Zaczęłam ją doceniać – nie tylko jako babcię moich dzieci, ale jako kobietę, która po latach poświęceń postanowiła zawalczyć o siebie.

Pewnego wieczoru usiadłyśmy razem na balkonie.

– Wiesz co, mamo? Chyba zaczynam cię rozumieć – powiedziałam cicho.

Uśmiechnęła się szeroko i ścisnęła moją dłoń.

– Każda z nas ma prawo do swojego życia, Aniu.

Patrzyłyśmy razem na rozświetlone miasto i po raz pierwszy od dawna poczułam spokój.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę mamy prawo oczekiwać od naszych rodziców bezwarunkowego poświęcenia? A może powinniśmy nauczyć się dzielić odpowiedzialność i pozwolić im być szczęśliwymi – nawet jeśli oznacza to mniej naszej wygody?