Ostatni tydzień z mamą: kiedy dom przestaje być domem – historia o rodzinie, wdzięczności i rozczarowaniu

– Mamo, nie możesz tak po prostu wyjść! – krzyknęłam, widząc jak mama w pośpiechu zakłada płaszcz, choć za oknem lało jak z cebra. Stałam w progu kuchni, z rękami mokrymi od mycia naczyń, a serce waliło mi jak młot.

– A co mam zrobić, Norciu? – odpowiedziała cicho, ledwo słyszalnie. – Tam już nie mam swojego miejsca.

To był pierwszy dzień jej pobytu u nas. Siedziałam na krześle, patrząc na jej drobną sylwetkę, która kiedyś wydawała się taka silna. Mama miała 87 lat, a ja – 65. Przez całe życie była dla mnie opoką, a teraz… teraz to ja musiałam być jej opoką.

Harold, mój mąż, siedział w fotelu przy oknie. Ostatnio jego nogi odmówiły posłuszeństwa. Kiedyś był energiczny, zawsze gotowy do pomocy, a teraz ledwo podnosił się z miejsca. Przez trzydzieści lat był dla mnie kimś więcej niż ojczymem – był przyjacielem, powiernikiem, wsparciem. Ale od kilku miesięcy coś się zmieniło.

– Norciu, nie denerwuj się na mamę – powiedział cicho Harold. – Ona też ma prawo czuć się zagubiona.

Spojrzałam na niego z wdzięcznością i żalem jednocześnie. Wiedziałam, że ma rację, ale nie miałam już siły być dla wszystkich dobra. Odkąd mama musiała opuścić swoje mieszkanie – bo młodszy brat postanowił je sprzedać bez jej zgody – wszystko się posypało.

– To tylko na chwilę – powtarzała mi każdego wieczoru mama. – Znajdę sobie miejsce w domu opieki albo u cioci Basi…

Ale wiedziałam, że to nieprawda. Była coraz słabsza, coraz bardziej zagubiona. A ja? Ja miałam już dość bycia silną.

Pamiętam dzień, kiedy brat zadzwonił:

– Nora, mama nie może już mieszkać sama. Sprzedałem mieszkanie, pieniądze są na jej koncie. Ty masz największy dom, weź ją do siebie.

Nie pytał, czy dam radę. Po prostu postawił mnie przed faktem dokonanym.

Przez pierwsze dni próbowałam być dobrą córką. Gotowałam jej ulubione zupy, sadzałam w fotelu przy oknie, rozmawiałam o dawnych czasach. Ale mama była coraz bardziej nieobecna. Czasem płakała w nocy, myśląc że nie słyszę.

Harold też się zmienił. Zawsze był cierpliwy i wyrozumiały, ale teraz…

– Nora, nie dam rady tak dłużej – powiedział pewnego wieczoru, kiedy mama po raz kolejny zapomniała wyłączyć gazu pod garnkiem. – Boję się o nią i o nas.

Zacisnęłam pięści pod stołem. Wiedziałam, że ma rację. Ale co miałam zrobić? Oddać mamę do domu opieki? Zostawić ją samą?

Wszystko zaczęło się sypać szybciej niż myślałam. Mama przestała jeść, przestała mówić. Siedziała godzinami wpatrzona w ścianę.

Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Haroldu z moim bratem przez telefon:

– Tomek, twoja matka potrzebuje pomocy lekarskiej i opieki całodobowej. My już nie dajemy rady.

– To wasz problem – odpowiedział brat chłodno. – Ja mam swoje życie.

Poczułam wtedy coś dziwnego – mieszaninę gniewu i rozpaczy. Przez całe życie byłam tą odpowiedzialną, tą „silną”. Teraz miałam ochotę uciec.

Wieczorem usiadłam przy łóżku mamy.

– Mamo… dlaczego nic nie mówisz?

Spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami.

– Boję się, Norciu… Boję się być ciężarem.

Objęłam ją mocno i płakałyśmy razem przez długi czas.

Następnego dnia zadzwoniłam do lekarza rodzinnego i do opieki społecznej. Wiedziałam już, że sama nie dam rady. Przyszła pani Basia z opieki i powiedziała:

– Pani Norciu, to nie jest pani wina. Czasem trzeba poprosić o pomoc.

Ale ja czułam się winna. Harold coraz częściej milczał podczas kolacji. Mama była coraz bardziej nieobecna.

Któregoś ranka obudziłam się i zobaczyłam mamę stojącą przy oknie.

– Norciu… czy ja jeszcze gdzieś należę?

Nie wiedziałam co odpowiedzieć.

W końcu zapadła decyzja: dom opieki. Było mi wstyd przed samą sobą, ale wiedziałam, że to jedyne wyjście.

W dniu wyjazdu mama spojrzała na mnie smutno:

– Dziękuję ci za wszystko… Wiem, że mnie kochasz.

Harold ścisnął mnie za rękę.

Po powrocie do pustego domu usiadłam w kuchni i płakałam jak dziecko.

Czy naprawdę można być wdzięcznym i kochać kogoś… a jednocześnie czuć ulgę, że już nie trzeba dłużej walczyć?
Czy jestem złą córką? Czy ktoś z was też tak miał?