Ogień, który zabrał mi syna – historia jednej nocy, która zmieniła wszystko
– Mamo, budź się! – krzyk Michała rozdarł ciszę nocy, zanim jeszcze zorientowałam się, co się dzieje. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego przerażoną twarz, oświetloną pomarańczowym blaskiem, który nie miał prawa pojawić się w naszym domu. – Co się dzieje? – zapytałam, zrywając się z łóżka. – Ogień! W stodole! – odpowiedział, łapiąc mnie za rękę. W tej samej chwili usłyszałam płacz Zosi z drugiego pokoju i poczułam duszący zapach dymu.
Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Mój mąż, Tomek, wybiegł na podwórko, próbując ratować nasze zwierzęta. Michał, choć miał dopiero dziesięć lat, zachował zimną krew. – Mamo, musimy wyjść! – krzyczał, ciągnąc mnie w stronę drzwi. Ale ja nie mogłam zostawić Zosi. Pobiegłam po nią, a Michał już był przy niej, próbując ją uspokoić. – Zosiu, chodź, szybko! – mówił, przytulając ją mocno.
Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Widziałam przez okno, jak płomienie pochłaniają stodołę, a wiatr przenosi iskry na dach domu. Wybiegliśmy na zewnątrz, ale wtedy usłyszałam, jak Michał krzyczy: – Pies! Mamo, Burek został w środku! – Nie, Michał, nie wracaj! – błagałam, ale on już biegł z powrotem do domu. Zosia płakała, a ja stałam sparaliżowana strachem. Tomek próbował mnie powstrzymać, ale wyrwałam się i pobiegłam za synem.
W środku było już pełno dymu. Michał zawołał psa, który szczekał gdzieś z głębi korytarza. – Burek! Chodź tu! – krzyczał. W końcu zobaczyłam, jak pies wybiega, a za nim Michał. Wybiegliśmy na zewnątrz, ale wtedy dach zawalił się z hukiem. Michał upadł na ziemię, a ja rzuciłam się do niego. – Michałku, wszystko w porządku? – zapytałam, łapiąc go za rękę. Otworzył oczy, uśmiechnął się słabo. – Uratowałem Burka, mamo… – wyszeptał.
Karetka przyjechała po kilku minutach, ale dla mnie to była wieczność. Michał był przytomny, ale oddychał ciężko. Ratownicy zabrali go do szpitala, a ja jechałam za nimi, ściskając Zosię na kolanach. Tomek został, żeby pomóc sąsiadom gasić pożar.
W szpitalu lekarze walczyli o życie Michała. – Proszę czekać na korytarzu – powiedziała pielęgniarka, ale ja nie mogłam usiedzieć w miejscu. Modliłam się, żeby wszystko skończyło się dobrze. Po godzinie wyszedł do nas lekarz. – Przykro mi… – zaczął, a ja już wiedziałam, co chce powiedzieć. Zosia wtuliła się we mnie, a ja poczułam, jak świat się kończy.
Nie pamiętam, jak wróciłam do domu. Sąsiedzi pomagali nam sprzątać pogorzelisko, przynosili jedzenie, ubrania, zabawki dla Zosi. Ksiądz przyszedł, żeby nas pocieszyć, ale nie potrafił znaleźć słów. Tomek obwiniał się, że nie zdołał uratować Michała. – To ja powinienem był tam wejść, nie on! – krzyczał, tłukąc pięścią w ścianę. Przez kilka dni nie rozmawialiśmy ze sobą, każdy z nas zamknął się w swoim bólu.
Zosia nie rozumiała, dlaczego Michał nie wraca. – Mamo, kiedy Michał wróci do domu? – pytała codziennie. – On jest teraz w niebie, kochanie – odpowiadałam, choć sama nie wierzyłam w to, co mówię.
Pogrzeb był najtrudniejszym dniem w moim życiu. Cała wieś przyszła pożegnać Michała. Ktoś przyniósł znicz z napisem „Dla naszego małego bohatera”. Kiedy ksiądz mówił o odwadze Michała, czułam dumę, ale i rozpacz. Po pogrzebie ludzie podchodzili, ściskali mnie, płakali razem ze mną. – To niesprawiedliwe – powtarzała sąsiadka, pani Basia. – Takie dzieci nie powinny umierać.
Po kilku tygodniach zaczęliśmy z Tomkiem rozmawiać. On płakał po nocach, myślał, że tego nie słyszę. – Przepraszam, że nie byłem lepszym ojcem – powiedział pewnego wieczoru. – Byłeś najlepszym, jakiego Michał mógł mieć – odpowiedziałam, choć w środku czułam żal do całego świata.
Zosia zaczęła rysować obrazki, na których Michał trzyma ją za rękę. – On mnie pilnuje z nieba – mówiła. Ja próbowałam wrócić do pracy, ale wszystko przypominało mi o synu. Jego zeszyty, ulubiona czapka, nawet zapach w jego pokoju. Czasem siadałam na jego łóżku i płakałam, nie mogąc zrozumieć, dlaczego to właśnie nas spotkało.
Wieś zorganizowała zbiórkę pieniędzy, żebyśmy mogli odbudować dom. Przychodzili ludzie, których ledwo znałam, przynosili ciasta, ubrania, nawet zabawki dla Zosi. – Michał był bohaterem – mówili. – Nigdy go nie zapomnimy.
Czasem zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Gdybym szybciej się obudziła, gdybym nie pozwoliła Michałowi wracać po psa… Ale wiem, że on nie potrafiłby zostawić Burka. Taki był – zawsze myślał o innych.
Dziś, kiedy patrzę na Zosię, widzę w niej odwagę Michała. Staram się być silna dla niej i dla Tomka, ale w środku wciąż czuję pustkę. Czy czas naprawdę leczy rany? Czy kiedykolwiek pogodzę się z tym, co się stało?
Czasem pytam siebie: czy mogłam uratować Michała? Czy ktoś z was, będąc na moim miejscu, postąpiłby inaczej? Jak żyć dalej, kiedy serce pęka z tęsknoty?