Nie mogę mieć dzieci, bo mój ojciec uważa, że najpierw muszą dorosnąć moje siostrzeńcy – historia o rodzinnych zakazach i żalu

– Nie rozumiesz, Aniu? – głos ojca odbijał się echem po kuchni, a ja czułam, jak zaciskają mi się pięści. – Najpierw muszą dorosnąć twoi siostrzeńcy. Nie możemy mieć dwóch małych dzieci w rodzinie naraz. To by było nieodpowiedzialne.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Mój młodszy brat, Tomek, miał już dwójkę dzieci – bliźniaki, które cała rodzina nosiła na rękach. Ja, starsza o cztery lata, od zawsze byłam tą „rozsądną”, tą, która pomagała w lekcjach, gotowała obiady i pilnowała porządku. Ale kiedy przyszło do spraw ważnych, takich jak miłość czy macierzyństwo, zawsze musiałam czekać na swoją kolej.

– Tato, to nie jest konkurs – wyszeptałam, czując łzy pod powiekami. – To moje życie. Chcę mieć dziecko z Pawłem. Jesteśmy gotowi.

Ojciec spojrzał na mnie z tym swoim chłodnym spokojem, który zawsze mnie przerażał. – Aniu, nie rozumiesz. Tomek ma teraz trudny czas. Musimy mu pomóc. Ty poczekasz jeszcze parę lat. Przecież jesteś rozsądna.

Wyszłam z kuchni trzaskając drzwiami. Paweł czekał na mnie w przedpokoju, ściskając moją dłoń tak mocno, jakby chciał mi przekazać całą swoją siłę. – Nie musisz ich słuchać – powiedział cicho. – To twoje życie.

Ale ja wiedziałam, że to nie takie proste. W naszej rodzinie ojciec był jak król – jego słowo było prawem. Mama nigdy się nie sprzeciwiała, a Tomek… Tomek był oczkiem w głowie taty. Zawsze dostawał to, czego chciał: najlepszy rower, najdroższe studia, a teraz wsparcie całej rodziny przy wychowywaniu dzieci.

Pamiętam dzień, kiedy dowiedziałam się, że Tomek zostanie ojcem. Ojciec zorganizował wielką kolację, wszyscy świętowali. Kiedy ja powiedziałam o swoich planach z Pawłem, usłyszałam tylko: „To nie jest dobry moment”.

Zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek będzie dobry moment dla mnie.

Wieczorem siedziałam na łóżku z głową opartą o kolana. Paweł usiadł obok mnie i objął ramieniem.

– Może powinniśmy po prostu zrobić swoje? – zapytał ostrożnie. – Przecież nie musimy nikogo pytać o pozwolenie.

Ale ja wiedziałam, że to nie takie proste. W mojej głowie wciąż brzmiał głos ojca: „Musisz być rozsądna”.

Następnego dnia zadzwoniła mama.

– Aniu, nie gniewaj się na tatę. On po prostu martwi się o Tomka…

– A o mnie? – przerwałam jej drżącym głosem. – Czy ktoś w tej rodzinie martwi się o mnie?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak w zawieszeniu. Każda rozmowa z rodzicami kończyła się kłótnią albo milczeniem. Tomek nawet nie zauważył mojego bólu – był zbyt zajęty swoimi dziećmi i własnymi problemami.

W pracy też nie było łatwo. Koleżanki opowiadały o swoich ciążach, planach na przyszłość. Ja udawałam uśmiechniętą i silną, ale w środku czułam się coraz bardziej pusta.

Pewnego dnia Paweł przyniósł do domu test ciążowy.

– Zróbmy to po swojemu – powiedział stanowczo. – Nie możemy żyć dla innych.

Patrzyłam na niego długo. W jego oczach widziałam miłość i wsparcie, ale też strach – czy damy radę przeciwstawić się rodzinie?

Test wyszedł negatywny.

Poczułam ulgę i żal jednocześnie. Ulgę, bo nie musiałam od razu wybierać między sobą a rodziną. Żal, bo znów wszystko zostało zawieszone w próżni.

Kilka dni później ojciec zadzwonił do mnie sam.

– Aniu… Przemyślałem sprawę. Może rzeczywiście przesadziłem… Ale rozumiesz chyba, że rodzina musi być razem?

– Tato, rodzina to nie tylko Tomek i jego dzieci – odpowiedziałam spokojnie. – Ja też jestem twoją córką.

Po tej rozmowie długo płakałam. Wiedziałam już, że nigdy nie będę dla niego tak ważna jak Tomek. Ale czy to znaczyło, że mam rezygnować ze swoich marzeń?

Z Pawłem zaczęliśmy coraz częściej rozmawiać o wyprowadzce do innego miasta. O życiu na własnych zasadach. Ale za każdym razem coś mnie powstrzymywało – poczucie obowiązku wobec rodziców, strach przed samotnością.

W końcu nadszedł dzień chrztu dzieci Tomka. Cała rodzina zebrała się przy jednym stole. Ojciec wygłaszał przemówienie o sile rodziny i poświęceniu dla innych.

Patrzyłam na niego i czułam narastający bunt.

Po obiedzie podeszłam do niego i powiedziałam cicho:

– Tato… Ja też chcę być szczęśliwa.

Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz zobaczył we mnie dorosłą kobietę.

Dziś wiem jedno: nie mogę dłużej żyć cudzymi oczekiwaniami. Może nigdy nie będę dla ojca najważniejsza, ale mogę być ważna dla siebie samej.

Czy naprawdę musimy poświęcać własne marzenia dla dobra innych? A może czasem warto postawić siebie na pierwszym miejscu? Co wy byście zrobili na moim miejscu?