Nie był moim synem, więc dlaczego miałbym poświęcać mu czas lub pieniądze? Moja walka o rodzinę, której nie wybrałem
— Nie będę go odbierał ze szkoły! — krzyknąłem, trzaskając drzwiami kuchni. — To nie mój syn, Anka! Dlaczego mam poświęcać mu czas albo pieniądze?
Anka stała przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie. Jej ramiona drżały. Odwróciła się powoli, patrząc na mnie oczami pełnymi łez i gniewu.
— Bo jesteś moim mężem. Bo jesteśmy rodziną — wyszeptała.
W tamtej chwili czułem się jak obcy we własnym domu. Wszystko zaczęło się pół roku wcześniej, kiedy Anka przyprowadziła do naszego mieszkania Kacpra — swojego syna z pierwszego małżeństwa. Miał wtedy dziewięć lat, a ja byłem przekonany, że to tylko tymczasowe rozwiązanie. Jego ojciec wyjechał za granicę i nagle okazało się, że chłopiec zostaje z nami na stałe.
Nie byłem gotowy. Nasze życie z Anką było poukładane: praca w banku, wspólne wieczory przy serialach, weekendy na Mazurach. Dziecko? To nie był mój plan. Zwłaszcza cudze dziecko.
Kacper był cichy, zamknięty w sobie. Przemykał przez mieszkanie jak cień, unikał mojego wzroku. Czasem słyszałem, jak płacze w nocy. Anka próbowała go pocieszać, ale ja tylko zaciskałem zęby pod kołdrą. Przecież to nie moja sprawa.
— Może byś z nim pogadał? — zaproponowała kiedyś Anka.
— O czym? — odburknąłem. — On mnie nawet nie lubi.
— Bo się go boisz — odpowiedziała cicho.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż chciałem przyznać. Bałem się? Może raczej nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że mogę być dla niego kimś ważnym. Że mogę zawieść.
Pewnego dnia wróciłem wcześniej z pracy. W przedpokoju leżały porozrzucane buty Kacpra. W kuchni znalazłem go skulonego przy stole, z zeszytem pełnym przekreślonych zadań domowych.
— Co jest? — spytałem niechętnie.
— Nic — mruknął.
— Masz problem z matmą?
Wzruszył ramionami.
— Mogę pomóc — powiedziałem, sam nie wierząc w to, co mówię.
Spojrzał na mnie nieufnie, ale podał mi zeszyt. Przez godzinę tłumaczyłem mu ułamki i patrzyłem, jak powoli rozjaśnia mu się twarz. Na koniec powiedział cicho:
— Dzięki…
To był pierwszy raz, kiedy poczułem coś na kształt dumy. Ale zaraz potem wróciły stare myśli: „Nie przywiązuj się. To nie twoje dziecko”.
Z czasem zaczęliśmy rozmawiać więcej. O grach komputerowych, o szkole, o tym, jak bardzo tęskni za ojcem. Słuchałem go jednym uchem, drugim nasłuchując własnych lęków: czy Anka oczekuje ode mnie za dużo? Czy jestem gotów być kimś więcej niż tylko jej mężem?
Konflikty narastały. Moja matka — babcia Kacpra tylko z nazwy — nie ukrywała dezaprobaty:
— Po co ci to? Wychowuj własne dzieci, a nie cudze!
Anka płakała coraz częściej. Kacper zamykał się w sobie.
Pewnego wieczoru usłyszałem kłótnię przez ścianę:
— On mnie nie chce! — krzyczał Kacper do Anki. — Czuję się tu jak intruz!
Serce mi ścisnęło. Przez chwilę chciałem wejść i powiedzieć coś mądrego, ale zabrakło mi odwagi.
Następnego dnia Kacper nie wrócił ze szkoły o zwykłej porze. Czekałem nerwowo przy oknie. Po godzinie zadzwoniła Anka:
— Dzwonili ze szkoły. Kacper uciekł po lekcjach…
Wybiegłem na ulicę. Szukałem go po okolicznych placach zabaw, pytałem sąsiadów. W końcu znalazłem go siedzącego pod blokiem na ławce, z podkulonymi nogami i twarzą schowaną w rękach.
Usiadłem obok niego bez słowa.
— Przepraszam — wyszeptał po chwili. — Chciałem tylko… żeby ktoś mnie chciał.
Poczułem łzy pod powiekami.
— Ja też się boję — powiedziałem szczerze. — Ale spróbujmy razem, co?
Od tamtej pory coś się zmieniło. Zacząłem odbierać go ze szkoły, chodzić na wywiadówki, nawet grać z nim w piłkę na boisku. Nie było łatwo — ciągle słyszałem głosy w głowie: „To nie twoje dziecko”, „Po co ci to?” Ale coraz częściej widziałem w oczach Kacpra wdzięczność i… nadzieję.
Anka patrzyła na nas z niedowierzaniem i ulgą jednocześnie. Nasz dom powoli stawał się miejscem dla trzech osób, a nie dwóch plus „obcego”.
Ale życie nie przestaje rzucać kłód pod nogi. Po kilku miesiącach odezwał się biologiczny ojciec Kacpra:
— Wracam do Polski i chcę zabrać syna do siebie.
Anka była rozbita. Ja… poczułem coś dziwnego: strach przed stratą chłopca, którego jeszcze niedawno nie chciałem znać.
Kacper miał wybór. Przez kilka dni chodził smutny i zamyślony. W końcu przyszedł do mnie wieczorem:
— Mogę zostać tutaj?
Objąłem go pierwszy raz naprawdę mocno.
— Zawsze będziesz tu mile widziany — odpowiedziałem drżącym głosem.
Dziś wiem jedno: rodzina to nie tylko więzy krwi. To wybór, który podejmujemy każdego dnia — nawet jeśli czasem boli i wymaga poświęceń.
Czy naprawdę musimy być biologicznymi rodzicami, żeby kochać i być odpowiedzialnymi za drugiego człowieka? A może najważniejsze jest to, co robimy wtedy, gdy nikt od nas tego nie oczekuje?