Moja mama pomaga mojej byłej żonie, ale odmawia wsparcia obecnej. Czy to sprawiedliwe?
– Mamo, proszę cię, to tylko na kilka tygodni – mój głos drżał, gdy stałem w kuchni rodziców, ściskając w dłoni klucze do mieszkania, którego już nie miałem. Moja żona, Ania, czekała w samochodzie z naszą córeczką, a ja czułem się jak intruz we własnym domu.
Mama spojrzała na mnie z chłodnym spokojem, który znałem od dziecka. – Michał, nie mogę. Wiesz dobrze, że nie mam miejsca. Poza tym… – zawahała się, a ja już wiedziałem, co zaraz powie – …pomagam już Magdzie i dzieciom.
Magda. Moja była żona. Kobieta, z którą spędziłem dziesięć lat życia i z którą mam dwóch synów. Kobieta, którą zostawiłem dla Ani. Kobieta, którą moja mama traktowała jak własną córkę – nawet bardziej niż mnie samego.
Wyszedłem na dwór, czując narastającą wściekłość i bezradność. Ania spojrzała na mnie pytająco. – I co? – zapytała cicho.
– Nie możemy tu zostać – odpowiedziałem, starając się ukryć łzy. – Mama mówi, że nie ma miejsca.
Ania odwróciła wzrok. Wiedziałem, że czuje się upokorzona. Od miesięcy żyliśmy na walizkach po tym, jak straciłem pracę i nie byłem w stanie płacić czynszu. W dodatku zalegałem z alimentami dla Magdy – to był mój największy grzech, którego nie mogłem sobie wybaczyć.
Wróciliśmy do samochodu. Przez chwilę jechaliśmy w ciszy. W końcu Ania odezwała się:
– Może powinniśmy poprosić twojego ojca?
– Ojciec od lat nie chce mieć ze mną nic wspólnego – odpowiedziałem gorzko. – Po rozwodzie z mamą wyjechał do Gdańska i nawet nie wie, że mam córkę.
Zatrzymałem się na parkingu pod supermarketem. Spojrzałem na Anię i naszą śpiącą córeczkę. Miałem ochotę krzyczeć, płakać, rzucić wszystko i uciec gdzieś daleko. Ale wiedziałem, że muszę być silny.
Wieczorem zadzwoniłem do Magdy. Odebrała po kilku sygnałach.
– Michał? Co się stało?
– Magda… czy moglibyśmy… czy mógłbym przyjechać do chłopców na kilka dni? Nie mamy gdzie spać.
Usłyszałem westchnienie.
– Michał, wiesz dobrze, że mama cię nie chce u mnie widzieć. Poza tym… dzieci są już wystarczająco pogubione po tym wszystkim.
Rozłączyła się bez słowa pożegnania.
Zacisnąłem pięści. Czułem się jak śmieć. Zawiodłem wszystkich: Magdę, chłopców, Anię, moją córkę… nawet siebie.
Następnego dnia poszedłem do mamy jeszcze raz. Tym razem była sama w domu. Siedziała przy stole i obierała ziemniaki.
– Mamo… błagam cię. Przecież pomagasz Magdzie! Dlaczego nam nie możesz pomóc?
Spojrzała na mnie z bólem w oczach.
– Michał… Magda została sama z dwójką dzieci przez ciebie. Ty masz nową rodzinę i nowe życie. Ale nigdy nie pomyślałeś o konsekwencjach swoich decyzji. Pomagam jej, bo ona naprawdę tego potrzebuje i nigdy mnie nie zawiodła.
– A ja? Ja nie potrzebuję pomocy? – zapytałem rozpaczliwie.
– Ty miałeś wybór – odpowiedziała cicho. – I wybrałeś.
Wyszedłem trzaskając drzwiami. Czułem się zdradzony przez własną matkę.
Przez kolejne tygodnie tułaliśmy się po znajomych i tanich hotelach robotniczych. Ania coraz częściej płakała po nocach, a ja coraz bardziej zamykałem się w sobie. Zacząłem szukać pracy gdziekolwiek – na budowie, w magazynie, nawet jako kierowca nocnych autobusów.
Pewnego dnia dostałem wiadomość od starszego syna:
„Tata, czemu nas już nie odwiedzasz?”
Nie wiedziałem, co odpisać. Jak miałem mu powiedzieć, że jestem nikim? Że nie potrafię zadbać nawet o własną córkę?
W końcu znalazłem pracę jako ochroniarz w centrum handlowym. Zarobki były marne, ale przynajmniej mogliśmy wynająć mały pokój na obrzeżach miasta. Ania zaczęła pracować w sklepie spożywczym na pół etatu.
Czasami widywałem mamę na ulicy z Magdą i chłopcami. Rozmawiali, śmiali się razem – wyglądali jak prawdziwa rodzina. Ja byłem tylko cieniem przeszłości.
Któregoś dnia spotkałem mamę przypadkiem pod blokiem.
– Michał… – zaczęła niepewnie.
– Nie musisz nic mówić – przerwałem jej szorstko. – Już wszystko wiem.
– Synku… ja cię kocham. Ale musisz zrozumieć… czasem trzeba ponieść konsekwencje swoich wyborów.
Odwróciłem się i odszedłem bez słowa.
Dziś mija rok od tamtych wydarzeń. Nadal walczę o każdy dzień, o każdą złotówkę i o resztki godności. Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy naprawdę zasłużyłem na taki los? Czy rodzina powinna dzielić miłość według win i zasług?
A może każdy z nas zasługuje na drugą szansę? Co wy o tym myślicie?