Mój syn wybrał ją, nie mnie – czy naprawdę straciłam rodzinę?
– Michał, czy naprawdę musisz zawsze stawać po jej stronie? – mój głos drżał, a w oczach czułam łzy, których nie chciałam pokazać. Stałam w kuchni, opierając się o blat, podczas gdy mój syn patrzył na mnie z tym swoim upartym wyrazem twarzy. Marta stała obok niego, z założonymi rękami i chłodnym spojrzeniem wbitym w podłogę.
– Mamo, proszę cię, nie zaczynaj znowu – westchnął Michał. – Marta nic złego nie zrobiła.
To był kolejny raz w tym miesiącu. Kolejny raz, kiedy czułam się jak piąte koło u wozu we własnym domu. Odkąd Michał ożenił się z Martą, wszystko się zmieniło. Kiedyś byliśmy zgranym duetem – ja i mój syn przeciwko światu. Po śmierci jego ojca to ja byłam jego opoką. To ja go wspierałam, kiedy płakał po nocach i bał się zasnąć sam. To ja uczyłam go jeździć na rowerze, gotować rosół i radzić sobie z pierwszymi zawodami miłosnymi.
A teraz? Teraz czułam się jak przeszkoda. Jak ktoś, kogo trzeba tolerować z grzeczności.
Marta nigdy nie była dla mnie łatwa. Zawsze miała swoje zdanie, zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Gdy tylko pojawiła się w życiu Michała, zaczęły się drobne spięcia – o to, kto gotuje obiad na święta, kto decyduje o tym, gdzie spędzamy wakacje, czy nawet o to, jaką kawę pijemy rano. Na początku próbowałam być miła. Próbowałam ją zaakceptować, bo wiedziałam, że Michał ją kocha. Ale ona… ona nigdy nie próbowała zaakceptować mnie.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy poczułam się naprawdę odrzucona. Były urodziny Michała. Zawsze piekłam mu tort – jego ulubiony, czekoladowy z wiśniami. Tym razem Marta przyniosła własny wypiek i postawiła go na stole bez słowa. Michał nawet nie spojrzał na mój tort. Wszyscy goście jedli jej ciasto i chwalili jej talent cukierniczy. Siedziałam w kącie i udawałam, że wszystko jest w porządku.
Z czasem było tylko gorzej. Kiedy chciałam pomóc przy wnuczce, Marta zawsze miała wymówkę: „Dziękuję, poradzimy sobie sami”. Gdy proponowałam wspólne wyjście do teatru czy na spacer – „Nie mamy czasu”. Nawet święta zaczęli spędzać u jej rodziców.
Michał coraz rzadziej do mnie dzwonił. Kiedy już rozmawialiśmy, rozmowy były krótkie i pełne napięcia. Czułam się coraz bardziej samotna. Moje przyjaciółki mówiły: „Daj im czas”, „Nie wtrącaj się”, „To normalne, że syn wybiera żonę”. Ale czy to naprawdę normalne? Czy to normalne, że matka staje się nikim dla własnego dziecka?
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i zaprosiłam ich na obiad. Chciałam spróbować jeszcze raz – może uda nam się porozmawiać szczerze, może coś się zmieni. Przygotowałam wszystko tak, jak Michał lubił: schabowy z ziemniakami i mizerią, kompot z wiśni. Kiedy przyszli, atmosfera była napięta od samego początku.
– Mamo, Marta jest wegetarianką – powiedział Michał zaraz po wejściu.
– Przecież zawsze jadła mięso… – zaczęłam niepewnie.
– Teraz już nie – uciął krótko.
Marta patrzyła na mnie z wyższością. Poczułam się jak idiotka. Przeprosiłam i podałam jej sałatkę warzywną, którą przygotowałam „na wszelki wypadek”. Przez cały obiad rozmawiali głównie ze sobą lub o wnuczce. Ja siedziałam cicho i udawałam zainteresowanie.
Po obiedzie Michał poprosił mnie na stronę.
– Mamo, musisz zrozumieć, że Marta jest dla mnie najważniejsza – powiedział spokojnie. – Chcę, żebyś ją szanowała i nie próbowała nas dzielić.
Poczułam ukłucie w sercu. Czy naprawdę próbowałam ich dzielić? Czy to ja byłam problemem?
Przez kolejne tygodnie unikałam kontaktu. Nie dzwoniłam do nich, nie pisałam wiadomości. Czekałam aż Michał sam się odezwie. Minął miesiąc – cisza. W końcu napisał krótkiego SMS-a: „Wszystko u nas dobrze”.
Zaczęłam coraz częściej płakać po nocach. Czułam się opuszczona i niepotrzebna. Nawet wnuczka przestała do mnie mówić „babciu” – teraz byłam „panią Anią”.
Któregoś dnia spotkałam Martę przypadkiem w sklepie spożywczym.
– Dzień dobry – powiedziałam cicho.
– Dzień dobry – odpowiedziała chłodno.
Zebrałam się na odwagę:
– Czy zrobiłam coś złego? Dlaczego tak trudno nam się dogadać?
Marta spojrzała na mnie przez ramię:
– Może po prostu powinna pani pozwolić nam żyć po swojemu?
Wróciłam do domu i długo myślałam nad jej słowami. Czy naprawdę powinnam odpuścić? Czy to znaczy być dobrą matką?
Dziś siedzę sama przy stole i patrzę na zdjęcia Michała z dzieciństwa. Tęsknię za nim każdego dnia. Tęsknię za rodziną, której już chyba nie mam.
Czy naprawdę matka musi zniknąć z życia syna tylko dlatego, że on założył własną rodzinę? Czy to już koniec mojej roli? A może jeszcze jest dla mnie jakaś nadzieja?