Między ciszą a krzykiem: Historia Magdy z blokowiska
— Magda, zamknij drzwi! — wrzasnął ojciec z kuchni, a ja poczułam znajome ukłucie strachu w żołądku. Drzwi już dawno były zamknięte, ale on nie widział, nie słyszał, nie czuł niczego poza własnym gniewem i alkoholem. Miałam wtedy czternaście lat i wiedziałam już, że w naszym mieszkaniu na blokowisku w Nowej Hucie cisza jest tylko pozorna. Za ścianami czaił się krzyk — czasem cichy, czasem rozdzierający.
Matka siedziała przy stole, dłubiąc widelcem w zimnych ziemniakach. Jej twarz była szara, oczy puste. — Magda, idź do pokoju — szepnęła. Posłuchałam. W moim pokoju było zimno, bo okno nie domykało się od miesięcy. Zwinęłam się na łóżku pod kocem i próbowałam nie słyszeć tego, co działo się za ścianą. Ale nie dało się nie słyszeć.
Ojciec wrócił do kuchni. Zaczęły się wyzwiska. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. „Beznadziejna baba”, „nieudacznik”, „przez ciebie nic mi się w życiu nie udało”. Słowa cięły powietrze jak noże. Matka milczała. Ja też milczałam. W naszym domu milczenie było tarczą i więzieniem jednocześnie.
W szkole byłam tą cichą dziewczyną z końca klasy. Nauczyciele mówili: „Magda jest zdolna, ale zamknięta w sobie”. Koleżanki czasem próbowały mnie wyciągnąć na podwórko, ale zawsze odmawiałam. Bałam się zostawić matkę samą z ojcem. Bałam się wracać do domu i bałam się z niego wychodzić.
Pamiętam jedną noc szczególnie wyraźnie. Ojciec wrócił późno, pijany jak nigdy. Wpadł do mojego pokoju i zaczął krzyczeć, że jestem taka sama jak matka — słaba, bezużyteczna. Stałam pod ścianą i patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami. Wtedy pierwszy raz poczułam w sobie coś nowego — gniew. Nie strach, nie wstyd, tylko czystą złość.
— Przestań! — krzyknęłam nagle. Głos mi zadrżał, ale nie uciekłam wzrokiem. Ojciec zamarł na chwilę, jakby nie wierzył, że to ja się odezwałam. Potem odwrócił się i wyszedł trzaskając drzwiami tak mocno, że pękła szyba.
Następnego dnia matka miała podbite oko. Powiedziała mi tylko: „Nie martw się, to nic takiego”. Ale ja wiedziałam, że to coś znaczy. To znaczyło wszystko.
Przez kolejne lata nauczyłam się żyć między ciszą a krzykiem. Chodziłam do szkoły, sprzątałam mieszkanie, gotowałam obiady i próbowałam być niewidzialna. Czasem marzyłam o tym, żeby ojciec po prostu zniknął. Czasem marzyłam o tym, żeby matka zabrała mnie stąd daleko — nad morze albo do lasu, gdzie nikt nas nie znajdzie.
Kiedy miałam siedemnaście lat, poznałam Pawła. Był starszy ode mnie o dwa lata i miał w sobie coś, co przyciągało mnie jak magnes — spokój i pewność siebie. Spotykaliśmy się po szkole na ławce pod blokiem. Opowiadał mi o swoich planach na przyszłość: chciał być mechanikiem samochodowym i otworzyć własny warsztat.
— Magda, musisz kiedyś spróbować żyć dla siebie — powiedział mi pewnego wieczoru.
— Nie umiem — odpowiedziałam szczerze.
— Nauczysz się — uśmiechnął się i dotknął mojej dłoni.
Zakochałam się w nim bez pamięci. Był moją ucieczką od wszystkiego, co złe. Ale nawet wtedy nie potrafiłam zostawić matki samej. Kiedy Paweł zaproponował mi wspólne mieszkanie po maturze, odmówiłam.
— Nie mogę jej zostawić — tłumaczyłam się.
— Ale ona nigdy nie odejdzie od twojego ojca — powiedział gorzko Paweł.
Wiedziałam, że ma rację. Matka była jak ptak zamknięty w klatce — nawet gdyby otworzyć drzwiczki, nie odleciałaby.
W końcu Paweł odszedł. Zostawił mi list: „Magda, zasługujesz na więcej niż życie w cieniu cudzych błędów”. Płakałam całą noc.
Po maturze dostałam się na studia do Krakowa. Wyprowadziłam się z domu z poczuciem winy i ulgi jednocześnie. Matka płakała na dworcu autobusowym.
— Będziesz do mnie dzwonić? — zapytała cicho.
— Codziennie — obiecałam.
W nowym mieście wszystko było inne: ludzie uśmiechali się na ulicy, nikt nie krzyczał przez ściany. Przez pierwsze miesiące budziłam się w nocy z uczuciem paniki — wydawało mi się, że zaraz usłyszę ojca wracającego do domu pijany.
Na studiach poznałam Agatę — dziewczynę z podobnym doświadczeniem. Rozumiałyśmy się bez słów. Razem płakałyśmy i razem śmiałyśmy się z rzeczy, które dla innych byłyby niezrozumiałe.
Po roku ojciec zmarł na marskość wątroby. Pojechałam na pogrzeb tylko dla matki. Stałyśmy razem nad grobem i trzymałyśmy się za ręce tak mocno, jakbyśmy bały się puścić.
Po pogrzebie matka powiedziała: — Teraz już możemy oddychać.
Ale ja długo jeszcze nie umiałam oddychać pełną piersią. Wciąż czułam ciężar przeszłości na plecach.
Dziś mam trzydzieści lat i własne mieszkanie na obrzeżach Krakowa. Pracuję jako psycholog szkolny i codziennie patrzę w oczy dzieciom takim jak ja kiedyś — cichym, przestraszonym, niewidzialnym dla świata.
Czasem pytam siebie: czy można naprawdę uciec od przeszłości? Czy można nauczyć się kochać siebie po latach życia w cieniu cudzych demonów? Może właśnie dlatego opowiadam tę historię — żeby ktoś inny uwierzył, że nawet między ciszą a krzykiem można odnaleźć własny głos.