„Mamo, daliśmy ci pieniądze: dlaczego dzieci były głodne?” – Odkryłam, jak moja mama karmi wnuki, gdy zostaje z nimi sama na działce
– Mamo, co one jadły na obiad? – zapytałam, patrząc na moją mamę, która właśnie zamykała furtkę działki. Stałyśmy na żwirze, a moje dzieci biegały wokół, śmiejąc się i rozrzucając piasek z piaskownicy. Był czerwcowy wieczór, pachniało truskawkami i świeżo skoszoną trawą. Ale we mnie coś się gotowało.
Mama spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby nie rozumiała pytania. – No… kanapki zrobiłam. I trochę ogórka. A potem dałam im po batoniku.
– Tylko tyle? – nie mogłam uwierzyć. – Przecież zostawiłam ci pieniądze na zakupy. Mówiłam, żebyś kupiła coś konkretnego na obiad.
Mama wzruszyła ramionami. – Dzieci nie chciały jeść. Zresztą, po co im tyle jedzenia? Ja w ich wieku…
Przerwałam jej gwałtownie. – Mamo, one były głodne! Zosia płakała w samochodzie, bo bolał ją brzuch. Franek powiedział, że od rana jadł tylko suchą bułkę.
Poczułam, jak narasta we mnie złość i bezradność. Przez chwilę miałam ochotę po prostu wsiąść do auta i odjechać, zostawiając to wszystko za sobą. Ale przecież to moja mama. Babcia moich dzieci. Osoba, której ufałam najbardziej na świecie.
Wróciłam myślami do poranka. Pakowałam torbę z ubraniami na zmianę, kremem z filtrem i ulubionymi zabawkami dzieci. W portfelu zostawiłam mamie dwie stówki – „na obiad i lody dla dzieci”, powiedziałam wyraźnie. Mama uśmiechnęła się wtedy szeroko: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze”.
A teraz stałam tu i czułam się oszukana.
– Mamo… – zaczęłam cicho, próbując opanować drżenie głosu – czy ty wydałaś te pieniądze?
Mama spojrzała gdzieś w bok. – No… kupiłam trochę rzeczy do domu. Chleb, mleko… I kawę dla siebie. Ale dzieciom też kupiłam batoniki.
Zrobiło mi się słabo. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. Przecież to nie pierwszy raz. Już wcześniej dzieci narzekały, że u babci są głodne albo jedzą tylko tosty z dżemem. Ale zawsze tłumaczyłam mamę: „Babcia jest starsza”, „Babcia nie ma siły gotować”, „Babcia robi co może”.
Ale czy naprawdę robiła?
Wieczorem, gdy dzieci już spały, usiadłam przy stole z mężem. Michał spojrzał na mnie poważnie:
– Musimy z nią porozmawiać. To nie jest normalne.
Westchnęłam ciężko. – Wiem. Ale boję się jej to powiedzieć wprost. Przecież ona się obrazi…
Michał pokręcił głową. – To nie chodzi o nią. Chodzi o nasze dzieci.
Całą noc przewracałam się z boku na bok, wspominając własne dzieciństwo. Moja mama była zawsze oszczędna do przesady. Pamiętam te wieczne kanapki z margaryną i ogórkiem kiszonym, zupę z resztek warzyw i herbatę słodzoną tylko od święta. Wtedy myślałam, że tak musi być – bo czasy są trudne, bo tata odszedł i mama musiała radzić sobie sama.
Ale teraz? Teraz przecież nie brakuje jej pieniędzy – dostaje emeryturę, a ja regularnie jej pomagam. Więc dlaczego?
Następnego dnia zadzwoniłam do niej.
– Mamo, musimy porozmawiać.
Cisza po drugiej stronie była ciężka jak ołów.
– O czym?
– O dzieciach. O tym, jak je karmisz.
Usłyszałam westchnienie.
– Znowu ci coś nie pasuje? Zawsze ci coś nie pasuje…
Poczułam ukłucie w sercu.
– Mamo, ja ci ufam. Ale nie mogę pozwolić, żeby moje dzieci były głodne.
Mama milczała przez chwilę.
– Ty zawsze myślisz, że wszystko robisz lepiej ode mnie…
– Nie o to chodzi! – przerwałam jej gwałtownie. – Chodzi o to, że dzieci potrzebują normalnych posiłków! Nie mogą żyć na kanapkach i batonikach!
– Ja w twoim wieku jadłam tylko ziemniaki i byłam zdrowa! – podniosła głos.
Zacisnęłam pięści ze złości i bezsilności.
– Czasy się zmieniły! Dzieci potrzebują więcej! I ja ci daję pieniądze właśnie po to!
Mama nagle się rozpłakała.
– Ty nic nie rozumiesz… Ja się staram… Ale wszystko jest takie drogie… Boję się wydawać twoje pieniądze… Boję się, że powiesz, że za dużo wydałam…
Zamilkłam zaskoczona. Nigdy nie pomyślałam o tym w ten sposób.
– Mamo… ja chcę tylko, żebyś kupowała to, co trzeba dla dzieci. Nie musisz się bać…
Ale mama już się rozłączyła.
Przez kolejne dni unikaliśmy siebie nawzajem. Dzieci pytały: „Kiedy pojedziemy do babci?”, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć. Czułam żal i rozczarowanie – do mamy, ale też do siebie samej. Czy za dużo wymagam? Czy powinnam była lepiej ją przygotować? A może powinnam po prostu przestać liczyć na to, że będzie taką babcią jak z reklam?
W końcu pojechałam do niej sama.
Siedziała przy stole w kuchni, patrząc przez okno na ogród pełen chwastów.
– Przepraszam – powiedziałam cicho.
Mama spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– Ja też przepraszam… Chciałam dobrze… Ale czasem czuję się taka niepotrzebna…
Usiadłyśmy razem przy stole i długo rozmawiałyśmy – o pieniądzach, o strachu przed oceną, o tym jak trudno być babcią w dzisiejszych czasach.
Nie wiem, czy uda nam się odbudować zaufanie tak szybko. Ale wiem jedno: rodzina to nie tylko miłość i wsparcie – to też trudne rozmowy i rozczarowania.
Czy można naprawdę wybaczyć komuś bliskiemu zawiedzione oczekiwania? Czy da się odbudować zaufanie tam, gdzie raz już pękło? Co wy byście zrobili na moim miejscu?