Mama sprzedała dom po babci bez mojej wiedzy – czy rodzina jeszcze coś znaczy?
– Co ty zrobiłaś?! – krzyknęłam, trzymając w rękach list od notariusza. Głos mi się łamał, a serce waliło jak oszalałe. Mama siedziała przy kuchennym stole, spokojna, z filiżanką kawy. Nawet nie podniosła wzroku znad gazety.
– Nie rób scen, Marto – powiedziała cicho. – To była moja decyzja.
Poczułam, jak świat wali mi się na głowę. Dom po babci, ten stary, pachnący jabłkami i kurzem dom w podwarszawskiej wsi, miał być zawsze mój. Mama powtarzała to od lat: „To twoje miejsce, Martusiu. Kiedyś tu wrócisz, kiedyś tu będziesz szczęśliwa”.
A teraz? Teraz zostałam z pustymi rękami i listem, w którym czarno na białym stało: „Niniejszym informujemy, że nieruchomość została sprzedana…”.
– Jak mogłaś? – szepnęłam, czując łzy pod powiekami. – Przecież obiecałaś…
Mama westchnęła ciężko i w końcu spojrzała mi w oczy. Były zmęczone, jakby nagle postarzała się o dziesięć lat.
– Nie rozumiesz, ile to wszystko kosztuje – powiedziała. – Remonty, podatki… Ja już nie mam siły. A ty? Kiedy ostatni raz byłaś tam dłużej niż na weekend?
Zatkało mnie. To prawda, życie w Warszawie pochłaniało mnie bez reszty: praca w agencji reklamowej, wieczne korki, spotkania ze znajomymi. Ale przecież to nie znaczyło, że dom przestał być ważny! To był mój azyl, miejsce dzieciństwa, wspomnień o babci – jej ciepłych dłoniach i zapachu szarlotki.
– Mogłaś chociaż zapytać! – wybuchłam. – To nie był tylko twój dom!
– Ale to ja zostałam z nim sama – odpowiedziała cicho. – Ty masz swoje życie. Ja musiałam podjąć decyzję.
Wyszłam trzaskając drzwiami. Przez kilka dni nie odbierałam telefonów od mamy. W pracy byłam jak cień samej siebie. Koleżanka z biura, Ania, zapytała:
– Co się stało? Wyglądasz jakbyś nie spała od tygodnia.
Opowiedziałam jej wszystko. Słuchała uważnie, a potem powiedziała coś, co mnie zabolało:
– Może twoja mama po prostu nie miała wyjścia? Starsi ludzie czasem czują się samotni i bezradni…
Ale ja nie chciałam tego słyszeć. Czułam się zdradzona. Przez własną matkę! Przez kilka kolejnych dni próbowałam dojść do siebie. W końcu zebrałam się na odwagę i pojechałam do domu po babci – a raczej tego, co z niego zostało.
Na podjeździe stał już nowy samochód. Drzwi otworzył mi młody mężczyzna w dresie.
– Dzień dobry? – zapytał niepewnie.
– Dzień dobry… Ja… Tu mieszkała moja babcia – wydukałam.
– Aaa, pani Marta? Mama mówiła, że może pani przyjechać po jakieś rzeczy. Proszę wejść.
Weszłam do środka. Wszystko było inne: ściany świeżo pomalowane na biało, stare meble zniknęły. Tylko na strychu znalazłam pudło ze zdjęciami i kilka książek babci.
Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Przeglądałam zdjęcia: babcia z mamą na łące, ja jako dziecko z kotem na kolanach… Wszystko to już nie wróci.
Wieczorem zadzwoniłam do mamy.
– Byłam tam – powiedziałam tylko.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Przepraszam cię, Marto – wyszeptała mama. – Ale ja naprawdę nie mogłam inaczej. Potrzebowałam pieniędzy na leczenie… Nie chciałam cię martwić.
Zamarłam. Leczenie? O niczym nie wiedziałam.
– Co się dzieje? – zapytałam przerażona.
Mama zaczęła płakać. Opowiedziała mi o diagnozie: rak piersi, operacja za miesiąc. Nie chciała mnie obciążać problemami. Sprzedaż domu była jedynym wyjściem.
Nagle poczułam się okropnie winna. Byłam tak skupiona na sobie, że nie zauważyłam, jak bardzo mama cierpi i jak bardzo jest samotna.
Przez kolejne tygodnie byłam przy niej codziennie: razem jeździłyśmy do lekarzy, razem płakałyśmy i śmiałyśmy się przez łzy. Dom po babci przestał być już tylko miejscem – stał się wspomnieniem o tym, co najważniejsze: o rodzinie.
Ale rana została. Często wracam myślami do tamtego dnia i pytam siebie: czy można wybaczyć zdradę dla wyższego celu? Czy rodzina naprawdę znaczy dziś cokolwiek?
A może to my sami musimy nadać jej znaczenie?