Mam trzydzieści lat, ale wciąż nie żyję swoim życiem: historia Magdy, która nie potrafi się uwolnić spod wpływu matki
Drzwi do mojego pokoju trzaskają z hukiem. – Magda! – słyszę głos mamy, przeszywający ciszę jak nóż. – Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie siedziała po nocach przy komputerze? Jutro masz lekcje, musisz być wypoczęta! Mam trzydzieści lat, a czuję się jak dziecko przyłapane na podjadaniu cukierków przed obiadem. Zaciskam pięści pod kołdrą i liczę w myślach do dziesięciu, żeby nie wybuchnąć.
Tak wygląda moje życie. Każdego dnia. Od zawsze. Mama decyduje, co jem na śniadanie, z kim rozmawiam przez telefon, w co się ubieram do pracy. Nawet kiedy idę do sklepu po bułki, muszę jej powiedzieć, ile wydam i na co. Mieszkanie w bloku na warszawskim Ursynowie jest jak klatka – niby własny pokój, własne biurko, ale ściany mają uszy i oczy.
Ojca nigdy nie poznałam. Mama mówiła tylko: „Nie pytaj o niego, to nie ma znaczenia”. Babcia i dziadek zmarli, gdy byłam jeszcze w liceum. Zostałyśmy we dwie. Mama – nauczycielka polskiego w podstawówce, ja – jej projekt życia.
W podstawówce byłam tą cichą dziewczynką z długimi warkoczami i wiecznie czystym mundurkiem. Mama szyła mi fartuszki na miarę i pilnowała, żebym nie bawiła się z „nieodpowiednimi dziećmi”. – Zosia z trzeciej B? Jej ojciec pije. Nie będziesz się z nią zadawać – mówiła stanowczo. Nawet nie próbowałam protestować.
W liceum zaczęłam marzyć o tym, żeby mieć przyjaciółkę. Kogoś, komu mogłabym powiedzieć o wszystkim. Ale mama zawsze była krok przede mną. – Nie wychodź po lekcjach, bo jest ciemno i niebezpiecznie. Lepiej zostań w domu, poczytaj książkę. Przecież lubisz czytać – powtarzała. I rzeczywiście lubiłam czytać, ale coraz częściej czułam się jak bohaterka powieści o kimś innym.
Na studia wybrałam polonistykę – mama była zachwycona. – To dobry wybór, Magda. Będziesz miała stabilną pracę w szkole, tak jak ja – mówiła z dumą sąsiadkom na klatce schodowej. Ja chciałam studiować psychologię albo dziennikarstwo, ale nie miałam odwagi się sprzeciwić.
Na uczelni poznałam Martę – dziewczynę z Poznania, która wynajmowała pokój w tym samym akademiku co ja. Marta była odważna, nosiła kolorowe włosy i śmiała się głośno nawet wtedy, gdy wykładowca patrzył groźnie znad okularów. Zazdrościłam jej tej wolności. Pewnego wieczoru zaprosiła mnie na imprezę do klubu na Pradze.
– Chodź ze mną! – namawiała. – Przecież nie musisz od razu pić wódki i tańczyć na stole!
– Nie mogę… Mama będzie dzwonić.
– Magda, masz dwadzieścia dwa lata! Kiedy zaczniesz żyć?
Nie poszłam. Marta przestała mnie zapraszać.
Po studiach wróciłam do domu. Mama już czekała z planem na moje życie: praca w szkole podstawowej na Ursynowie (załatwiła przez znajomą dyrektorkę), kursy doszkalające (zapisała mnie bez pytania), obiady codziennie o piętnastej (gotowała tylko to, co lubiła ona). Każdy dzień był taki sam: szkoła, dom, zakupy z mamą w Biedronce, wieczorne oglądanie „M jak miłość”.
Czasem próbowałam się buntować.
– Mamo, chciałabym pojechać na weekend nad morze z koleżankami ze szkoły.
– A kto cię tam będzie pilnował? Wiesz, ile jest teraz wypadków? Lepiej zostań w domu.
Albo:
– Mamo, myślałam o wynajęciu kawalerki.
– I co? Zostawisz mnie samą? Po tylu latach? Przecież ja już nie mam nikogo oprócz ciebie!
Za każdym razem czułam się winna. Jakbym była egoistką.
Dwa lata temu pojawił się ktoś nowy w moim życiu – Bartek, nauczyciel historii z sąsiedniej szkoły. Poznaliśmy się na szkoleniu dla nauczycieli w Piasecznie. Bartek był inny niż wszyscy mężczyźni, których znałam: spokojny, ciepły, miał poczucie humoru i nie bał się mówić o uczuciach.
Po kilku tygodniach zaprosił mnie na kawę do kawiarni przy Nowym Świecie.
– Magda, jesteś wyjątkowa – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy.
Poczułam motyle w brzuchu i… strach.
Kiedy wróciłam do domu później niż zwykle, mama już czekała przy drzwiach.
– Gdzie byłaś?!
– Na kawie z kolegą ze szkolenia.
– Z mężczyzną?! Magda! Przecież ty nawet nie znasz jego rodziny! Skąd wiesz, kim on jest?
– Mamo… jestem dorosła.
– Dorosła? To dlaczego wracasz do domu po dwudziestej?
Bartek próbował mnie wspierać:
– Magda, musisz postawić granice. Twoja mama cię kocha, ale to nie znaczy, że może decydować za ciebie o wszystkim.
– Nie rozumiesz… Ona jest sama. Jeśli ją zostawię…
– Ale jeśli ty się nie uwolnisz, nigdy nie będziesz szczęśliwa.
Przez kilka miesięcy spotykaliśmy się ukradkiem: szybkie spacery po parku Skaryszewskim po pracy, kawa wypita w biegu przed lekcjami. Mama zaczęła podejrzewać coś więcej.
Pewnego wieczoru usiadła naprzeciwko mnie przy stole i zaczęła płakać:
– Magda… Ty mnie zostawisz? Tak jak twój ojciec? Ja już nie mam nikogo…
Czułam się jak potwór.
Bartek coraz częściej mówił o wspólnej przyszłości:
– Wynajmijmy razem mieszkanie! Zobaczysz, dasz radę!
Ale ja nie potrafiłam podjąć decyzji.
W końcu Bartek odszedł.
– Przepraszam… Nie chcę być twoim kolejnym problemem – powiedział smutno przez telefon.
Zostałam sama z mamą i poczuciem winy większym niż kiedykolwiek wcześniej.
Od tamtej pory wszystko wróciło do normy: praca-dom-zakupy-seriale. Czasem próbuję wyobrazić sobie inne życie: własne mieszkanie na Ochocie albo chociaż pokój wynajęty z kimś obcym; wieczory spędzone z przyjaciółmi; podróże; może nawet miłość…
Ale za każdym razem widzę twarz mamy i słyszę jej głos:
– Magda… Ja już nie mam nikogo oprócz ciebie…
Ostatnio coraz częściej budzę się w nocy z uczuciem duszenia. Mam trzydzieści lat i boję się zadzwonić do psychologa – bo co powie mama? Boję się wyjechać na weekend za miasto – bo kto zrobi zakupy? Boję się zakochać – bo co zrobi mama?
Czasem myślę: może to już za późno? Może tak już musi być?
A może jednak jeszcze mogę coś zmienić?
Czy ktoś z was też tak miał? Czy można nauczyć się wybierać siebie bez poczucia winy?