„Lodówka zawsze pusta, a portfel coraz cieńszy” – historia matki, która nie potrafi odciąć pępowiny

– Znowu nic nie ma do jedzenia! – głos Krzyśka odbija się echem po kuchni. Siedzę przy stole, ściskając w dłoniach rachunek za prąd. Ostatnio wszystko wydaje się podwójnie droższe, a ja coraz częściej łapię się na tym, że liczę każdy grosz.

– Krzysiek, przecież wczoraj robiłam zakupy – odpowiadam cicho, ale wiem, że to nie ma znaczenia. Lodówka zawsze jest pusta. Albo raczej: zawsze jest pusta dla mojego trzydziestodwuletniego syna, który potrafi zjeść wszystko w ciągu jednej nocy.

Słyszę ciężkie kroki na schodach. To Bartek. Mój syn. Mój dorosły syn, który od lat nie wychodzi z domu, pracuje zdalnie i waży już ponad sto kilogramów. Kiedyś był moją dumą – najlepsze świadectwa, olimpiady matematyczne, stypendium na politechnice. Teraz… teraz nie wiem, kim jest.

Bartek wchodzi do kuchni, nawet na mnie nie patrzy. Otwiera lodówkę, przegląda półki i wzdycha głośno.

– Znowu tylko światło – rzuca z wyrzutem.

– Synu, przecież były wczoraj pierogi i schabowe…

– No właśnie, były – przerywa mi. – Ale już ich nie ma.

Krzysiek patrzy na mnie z wyrzutem. Wiem, co myśli: „To twoja wina. Rozpieściłaś go.”

Wieczorem siedzimy z mężem przy stole. Krzysiek odkłada gazetę i mówi:

– Grażyna, musimy coś zrobić. On nigdy się nie wyprowadzi. Przecież to już nie jest normalne.

Czuję łzy pod powiekami. Przecież to mój syn. Jak mam go wyrzucić? Jak mam mu powiedzieć: „Radź sobie sam”? Przecież on nawet nie potrafi ugotować sobie jajecznicy.

– Może znajdzie dziewczynę… – próbuję jeszcze raz.

Krzysiek parska śmiechem:

– Kto go zechce? Siedzi całymi dniami przed komputerem, waży ponad sto kilo i nawet nie wychodzi na spacer!

Zabolało mnie to. Ale wiem, że mąż ma rację. Bartek zamknął się w swoim świecie. Praca zdalna, gry komputerowe, zamawianie jedzenia przez internet. Nawet zakupy robi przez aplikację – tylko że na mój adres i za moje pieniądze.

Pamiętam dzień, kiedy Bartek wrócił po studiach do domu. Miał wtedy dziewczynę – Anię. Była cicha, miła, trochę nieśmiała. Po kilku miesiącach zerwali. Bartek zamknął się wtedy w pokoju na tydzień. Nie jadł, nie spał, tylko patrzył w ekran komputera.

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Najpierw mówił, że szuka pracy. Potem znalazł coś zdalnego – niby programista, ale nigdy nie widziałam jego wypłaty. Wszystko szło na gry, jedzenie i jakieś dziwne gadżety.

Czasem próbuję z nim rozmawiać:

– Bartek, może byś wyszedł na spacer? Albo poszedł na siłownię?

– Mamo, daj spokój. Mam dużo pracy.

– Ale przecież siedzisz całymi dniami w domu…

– Pracuję! Nie rozumiesz?

Zawsze kończy się kłótnią albo trzaskaniem drzwiami.

Ostatnio Krzysiek powiedział mi wprost:

– Albo on się wyprowadza, albo ja.

Zamarłam. Przecież jesteśmy rodziną! Jak mogę wybierać między mężem a synem?

W nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: Może rzeczywiście przesadziłam? Może powinnam była być bardziej stanowcza? Może to moja wina?

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Bartkiem poważnie.

– Synu, musimy pogadać – zaczęłam niepewnie.

Spojrzał na mnie spod byka.

– O czym?

– O twojej przyszłości…

Wzruszył ramionami.

– Przecież mam pracę.

– Ale nie masz życia! Nie masz przyjaciół, dziewczyny… Nawet nie wychodzisz z domu!

Bartek milczał przez chwilę.

– A po co mam wychodzić? Tutaj mam wszystko: jedzenie, internet…

– Ale my nie będziemy żyć wiecznie! Co wtedy zrobisz?

Widziałam łzy w jego oczach. Po raz pierwszy od lat zobaczyłam w nim małego chłopca, który boi się świata.

– Nie wiem… – wyszeptał.

Przytuliłam go mocno. Poczułam jego ciężar – dosłownie i w przenośni.

Od tamtej rozmowy minęły dwa tygodnie. Bartek zaczął wychodzić na krótkie spacery z psem sąsiadów. Zaczął też sam gotować obiady – na razie proste rzeczy: makaron z sosem pomidorowym, jajecznica. Krzysiek patrzy na to wszystko sceptycznie, ale ja widzę światełko w tunelu.

Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: Czy naprawdę jestem winna temu, że mój syn nie potrafi wyfrunąć z gniazda? Czy można kochać za bardzo? A może czasem trzeba pozwolić dziecku upaść, żeby nauczyło się wstawać?

Czy Wy też macie takie dylematy? Jak poradziliście sobie z dorosłym dzieckiem pod jednym dachem?