Kocham go, ale on należy do mojej przyjaciółki. Historia Marty i Pawła.

Wszystko zaczęło się od krzyku. To był ten rodzaj krzyku, który przeszywa ciszę jak nóż – nie krzyk bólu, ale rozpaczy. Stałam w kuchni, trzymając w dłoni kubek z herbatą, kiedy usłyszałam, jak Ola wrzeszczy na Pawła. „Jak mogłeś?! Jak mogłeś mi to zrobić?!” – jej głos odbijał się echem od ścian naszego starego mieszkania na warszawskiej Pradze. Zamarłam. Wiedziałam, że to przeze mnie. Wiedziałam, że to ja jestem powodem tej awantury.

Mam na imię Marta. Mam trzydzieści dwa lata i od zawsze byłam tą „rozsądną”. Tą, która nie pakuje się w kłopoty, nie łamie zasad i nie igra z cudzym szczęściem. Ale serce nie zna zasad. Serce nie pyta o pozwolenie.

Ola była moją przyjaciółką od podstawówki. Razem przechodziłyśmy przez wszystkie burze dorastania – pierwsze miłości, złamane serca, egzaminy, rodzinne dramaty. Była moją siostrą z wyboru. Kiedy poznała Pawła na studiach, byłam pierwszą osobą, której o nim opowiedziała.

– Marta, on jest inny niż wszyscy – mówiła z błyskiem w oku. – Taki… prawdziwy. Nie udaje nikogo.

Pamiętam ten wieczór, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Siedzieliśmy we trójkę w małej kawiarni na Nowym Świecie. Paweł miał ciepły uśmiech i spojrzenie, które sprawiało, że czułam się widziana. Rozmawialiśmy o wszystkim – o literaturze, polityce, nawet o tym, jak bardzo nie znosimy zimy w Polsce.

Z czasem zaczęliśmy spotykać się częściej – najpierw zawsze we trójkę, potem czasem tylko we dwoje, bo Ola miała zajęcia albo pracę. Zawsze tłumaczyłam sobie, że to nic złego. Przecież byliśmy tylko przyjaciółmi.

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło.

Był listopad, padał deszcz ze śniegiem. Paweł zadzwonił do mnie wieczorem.

– Marta, możesz przyjechać? Ola jest u rodziców, a ja… po prostu muszę z kimś pogadać.

Pojechałam bez zastanowienia. Siedzieliśmy na kanapie, piliśmy wino i słuchaliśmy starych płyt Maanamu. W pewnym momencie Paweł spojrzał mi prosto w oczy.

– Wiesz… czasem mam wrażenie, że tylko ty mnie naprawdę rozumiesz.

Serce mi zamarło. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam wydusić słowa. On pochylił się i delikatnie dotknął mojej dłoni.

– Przepraszam – szepnął i odsunął się gwałtownie. – Nie powinienem.

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Całą noc przewracałam się z boku na bok, próbując przekonać samą siebie, że nic się nie stało. Ale coś się stało. Coś pękło.

Od tamtej pory nasze relacje były napięte. Unikaliśmy siebie wzrokiem, ale każde spotkanie było naładowane elektrycznością. Ola niczego nie zauważała – była szczęśliwa, planowała ślub.

W końcu nadszedł dzień wesela. Byłam świadkową Oli. Stałam obok niej w kościele i patrzyłam, jak przysięga Pawłowi miłość do końca życia. Czułam się jak oszustka.

Po ślubie nasze kontakty trochę się rozluźniły – Ola pochłonięta była nowym życiem, ja rzuciłam się w wir pracy i próbowałam ułożyć sobie życie z kimś innym. Ale żaden związek nie przetrwał dłużej niż kilka miesięcy. Zawsze porównywałam każdego mężczyznę do Pawła.

Minęły trzy lata. Ola i Paweł mieli już synka – Antosia. Ja byłam ciocią Martą – tą fajną ciocią od prezentów i wspólnych wycieczek do zoo.

Pewnego dnia Ola zadzwoniła do mnie zapłakana.

– Marta… Paweł mnie zdradził.

Zatkało mnie.

– Co? Jak to?

– Znalazłam wiadomości w jego telefonie… Pisał do jakiejś kobiety…

Serce mi stanęło w gardle.

– Wiesz kto to?

– Nie… Ale boję się zapytać.

Przez kilka dni Ola mieszkała u mnie. Była wrakiem człowieka – nie jadła, nie spała, tylko płakała i powtarzała: „Dlaczego on mi to zrobił?”

W końcu postanowiła wrócić do domu i porozmawiać z Pawłem.

Tego wieczoru Paweł zadzwonił do mnie.

– Musimy pogadać.

Spotkaliśmy się w parku Skaryszewskim. Było zimno i ciemno.

– Marta… Ja już nie wiem co robić – powiedział cicho. – Kocham Olę… Ale kocham też ciebie.

Zamarłam.

– Paweł…

– Wiem, że to chore… Wiem, że to wszystko moja wina… Ale nie potrafię już udawać.

Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu. W końcu odwróciłam wzrok.

– Musisz wybrać – powiedziałam drżącym głosem. – Nie możesz nas obu trzymać w zawieszeniu.

Wróciłam do domu rozbita na milion kawałków. Przez kolejne dni unikałam Oli i Pawła jak ognia. Nie odbierałam telefonów, nie odpisywałam na wiadomości.

Aż pewnego dnia Ola przyszła do mnie bez zapowiedzi.

– Marta… Powiedz mi prawdę. Czy to ty?

Nie potrafiłam kłamać. Kiwnęłam głową i rozpłakałam się jak dziecko.

Ola patrzyła na mnie długo bez słowa. W końcu wyszła trzaskając drzwiami tak mocno, że aż obraz spadł ze ściany.

Przez kilka miesięcy nie miałam z nią kontaktu. Paweł wyprowadził się z domu i zamieszkał sam na wynajmie na Ursynowie. Ja próbowałam żyć dalej – chodziłam do pracy, spotykałam się ze znajomymi, ale wszystko było puste.

W końcu Ola zadzwoniła do mnie pewnego wieczoru.

– Chcę pogadać – powiedziała krótko.

Spotkałyśmy się w tej samej kawiarni na Nowym Świecie, gdzie wszystko się zaczęło lata temu.

– Wiesz co jest najgorsze? – zapytała cicho. – Że cię rozumiem. Bo sama czasem czułam coś podobnego do kogoś innego… Ale nigdy nie poszłam za tym uczuciem.

Patrzyłyśmy na siebie długo w milczeniu.

– Co teraz? – zapytałam drżącym głosem.

– Teraz muszę nauczyć się żyć bez was obojga – odpowiedziała spokojnie. – A ty musisz nauczyć się wybaczać sobie.

Paweł próbował wrócić do Oli przez kilka miesięcy, ale ona była nieugięta. W końcu wyjechał do Gdańska za pracą i kontakt urwał się niemal całkowicie.

Minęły dwa lata od tamtych wydarzeń. Dziś mam nowego partnera i próbuję budować życie od nowa, ale blizna po tej historii zostanie ze mną na zawsze. Z Olą widujemy się rzadko – nasze rozmowy są uprzejme, ale chłodne. Czasem myślę o Pawle i zastanawiam się, czy gdzieś tam jeszcze o mnie pamięta.

Czy można wybaczyć sobie zdradę własnych uczuć? Czy lepiej żyć z prawdą czy z kłamstwem? Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: czy gdybym mogła cofnąć czas… postąpiłabym inaczej?