„Kiedy przejdziesz na emeryturę, zostanę z tobą” – Historia babci i wnuka z polskiej codzienności

– Babciu, a kiedy w końcu dostaniesz tę emeryturę? – zapytał Bartek, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu. Siedział przy kuchennym stole, a ja mieszałam zupę, czując, jak w gardle rośnie mi gula. To pytanie słyszałam już któryś raz w tym tygodniu, ale dziś zabrzmiało inaczej – jakby był to jedyny powód, dla którego jeszcze ze mną mieszkał.

Zawsze myślałam, że jestem dla niego kimś więcej. Odkąd moja córka, Ania, wyjechała do Anglii, Bartek został ze mną. Miał wtedy dwanaście lat, a ja obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by nie czuł się opuszczony. Gotowałam mu ulubione naleśniki, odrabiałam z nim lekcje, chodziłam na wywiadówki. Byłam dumna, gdy dostał się do technikum, choć coraz częściej zamykał się w swoim świecie, a rozmowy z nim przypominały monologi.

Dziś jednak coś we mnie pękło. – Bartek, czy ty naprawdę czekasz tylko na moją emeryturę? – zapytałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu. Spojrzał na mnie z irytacją, jakby przeszkadzałam mu w czymś ważnym. – No bo wtedy będzie łatwiej, nie? Będziesz miała więcej kasy, nie będziesz musiała tyle pracować, a ja nie będę musiał się martwić, że nie starczy na nowe buty albo na wyjście z kumplami.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę chciałam mu powiedzieć, jak bardzo mnie to boli, ale powstrzymałam się. Zamiast tego wróciłam do mieszania zupy, udając, że wszystko jest w porządku. W nocy długo nie mogłam zasnąć. Wpatrywałam się w sufit, wspominając czasy, gdy Bartek był mały i tulił się do mnie, prosząc o bajkę na dobranoc. Gdzie się podziało to dziecko, które ufało mi bezgranicznie?

Następnego dnia zadzwoniła Ania. – Mamo, jak tam u was? Bartek się uczy? – zapytała, a w jej głosie słyszałam zmęczenie. – Uczy się, jak zwykle – skłamałam. Nie chciałam jej martwić. Wiedziałam, że pracuje po dwanaście godzin dziennie, żeby wysłać nam trochę pieniędzy. – A ty, mamo, jak się czujesz? – dopytywała. – Dobrze, kochanie, wszystko dobrze – odpowiedziałam, choć serce ściskał mi żal.

Wieczorem Bartek wrócił późno. Pachniał papierosami i tanimi perfumami. – Gdzie byłeś? – zapytałam, choć znałam odpowiedź. – Z kumplami. Daj spokój, babciu, nie przesadzaj – rzucił, rzucając plecak na podłogę. – Zrobiłam ci kolację – powiedziałam cicho. – Nie jestem głodny – mruknął i zamknął się w swoim pokoju.

Przez kolejne dni czułam się coraz bardziej niewidzialna. Bartek traktował mnie jak cień, jak bankomat, który ma tylko wypłacać pieniądze. Gdy poprosiłam, żeby pomógł mi wynieść śmieci, przewrócił oczami. – Znowu? Nie możesz sama? – burknął. – Kiedyś byłeś inny – powiedziałam, nie mogąc już dłużej milczeć. – Kiedyś byłaś młodsza – odpowiedział złośliwie i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Zaczęłam się zastanawiać, gdzie popełniłam błąd. Czy za bardzo go rozpieszczałam? Czy powinnam była być bardziej stanowcza? A może to ja jestem winna, że nie potrafię być dla niego autorytetem? W pracy koleżanki mówiły, że młodzi teraz tacy są, że nie szanują starszych. Ale ja nie chciałam w to wierzyć. Przecież to mój Bartek, mój wnuk, którego wychowywałam jak własne dziecko.

Pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy, zobaczyłam, że w domu nie ma Bartka. Na stole leżała kartka: „Idę do Kuby, wrócę późno. Potrzebuję 50 zł na kino. Zostaw mi, proszę.” Nawet nie zapytał, czy mam te pieniądze. Położyłam się na kanapie i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się samotna jak nigdy dotąd.

Wieczorem zadzwoniła sąsiadka, pani Zofia. – Jadwigo, wszystko w porządku? Słyszałam, że Bartek znowu się awanturował na klatce. Może powinnaś z nim porozmawiać? – zaproponowała. – Próbuję, ale on mnie nie słucha – odpowiedziałam bezradnie. – Może potrzebuje ojca, męskiej ręki – westchnęła Zofia. – Ale przecież nie mam na to wpływu. Jego ojciec odszedł, gdy Bartek miał dwa lata. Zostałyśmy same z Anią, a potem i ona wyjechała za chlebem.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Bartkiem szczerze. – Bartek, musimy pogadać. Nie jestem tylko twoją babcią od pieniędzy. Chcę, żebyś wiedział, że mnie to boli. – Babciu, nie przesadzaj. Wszyscy tak mają. Każdy chce mieć trochę luzu, trochę kasy. Ty też kiedyś byłaś młoda – próbował się bronić. – Ale ja szanowałam swoich rodziców. Wiedziałam, ile kosztuje życie. Ty chyba tego nie rozumiesz – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Może nie rozumiem, bo nigdy nie musiałem się o nic martwić – rzucił z goryczą. – Może dlatego, że zawsze wszystko miałem podane na tacy.

Te słowa zabolały mnie jeszcze bardziej. Czy naprawdę zrobiłam mu krzywdę, dając mu wszystko, co mogłam? Czy to moja wina, że nie potrafi być samodzielny? Przez kolejne dni unikaliśmy się nawzajem. Bartek wychodził rano, wracał późno, a ja coraz częściej myślałam o tym, jak będzie wyglądać nasza przyszłość, gdy przejdę na emeryturę. Czy wtedy naprawdę zostanie ze mną? Czy będzie chciał być przy mnie, czy tylko przy moich pieniądzach?

Nadszedł dzień, gdy dostałam decyzję o emeryturze. Przyszłam do domu z listem w ręku, a Bartek czekał już w kuchni. – No i co, babciu? Masz już tę emeryturę? – zapytał z nadzieją w głosie. – Tak, mam – odpowiedziałam, czując, jak łzy cisną mi się do oczu. – To teraz już wszystko będzie dobrze, prawda? – zapytał, uśmiechając się szeroko. – Nie wiem, Bartku. Naprawdę nie wiem – odpowiedziałam, patrząc na niego z bólem i rozczarowaniem.

Czasem zastanawiam się, czy jeszcze potrafię być dla niego kimś ważnym, czy już zawsze będę tylko źródłem pieniędzy. Czy miłość do rodziny naprawdę wystarczy, by zbudować prawdziwą więź? A może czasem trzeba pozwolić odejść, żeby ktoś zrozumiał, ile naprawdę jesteśmy warci?

Czy wy też czasem czujecie się niewidzialni dla tych, których najbardziej kochacie? Czy warto walczyć o relacje, które ranią?