Jak przestałem ratować dorosłe dzieci – opowieść Piotra z Bełchatowa

– Tato, potrzebuję jeszcze tysiąca. Wiem, mówiłem, że to ostatni raz, ale… – głos Michała drżał, a ja czułem, jak w gardle rośnie mi gula. Stał w progu kuchni, niepewny, z oczami spuszczonymi w podłogę. Za oknem szarzał listopadowy wieczór, a w domu unosił się zapach bigosu, który od rana gotowała Anka.

– Michał, ile razy już… – zacząłem, ale przerwałem. W głowie miałem setki takich rozmów. Zawsze kończyły się tak samo: ja dawałem pieniądze, on znikał na kilka dni, potem wracał z nową prośbą i nowym kłamstwem.

Mam na imię Piotr. Mam 58 lat i całe życie poświęciłem rodzinie. Pracowałem na kopalni w Bełchatowie, potem na budowie, byle tylko dzieciom niczego nie brakowało. Zawsze powtarzałem sobie: „Dzieciom trzeba pomagać zawsze i wszędzie”. Tak mnie wychowano. Tak żyłem. Ale od kilku lat czułem, że coś jest nie tak.

Michał był moim oczkiem w głowie. Najstarszy syn, duma rodziny. Kiedyś świetnie się uczył, miał plany na studia, marzył o własnej firmie. Ale po maturze coś się zmieniło. Najpierw imprezy, potem coraz częstsze nieobecności w domu, aż w końcu przestał wracać na noce. Zaczęły się długi, pożyczki od znajomych i pierwsze kłamstwa.

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poprosił mnie o pieniądze „na czynsz”. Dałem bez wahania. Potem przyszły kolejne prośby: na samochód, na sprzęt do pracy, na „ważny kurs”. Zawsze miał powód. Zawsze miał wymówkę.

Anka – moja żona – od początku była sceptyczna.

– Piotrek, on cię wykorzystuje! – mówiła wieczorami, kiedy myślała, że śpię.

– To nasz syn – odpowiadałem. – Musimy mu pomóc.

Ale z czasem nawet ja zacząłem dostrzegać, że coś tu nie gra. Michał nie pracował już od roku. Mieszkał kątem u kolegi, a pieniądze znikały szybciej niż je dostawał. Zacząłem podejrzewać najgorsze: hazard? Alkohol? Może coś jeszcze gorszego?

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie matka Michała kolegi.

– Panie Piotrze, Michał jest u nas pijany trzeci dzień z rzędu. Proszę coś z tym zrobić.

Wtedy pierwszy raz poczułem bezsilność. Pojechałem po niego. Leżał na kanapie, śmierdział wódką i czymś jeszcze. Zabrałem go do domu. Przez dwa dni spał bez przerwy.

– Tato, przepraszam – powiedział potem cicho. – To się więcej nie powtórzy.

Chciałem wierzyć. Naprawdę chciałem.

Ale sytuacja się powtarzała. Coraz częściej kłóciłem się z Anką.

– Przez niego nie mamy już oszczędności! – krzyczała pewnego wieczoru.

– To nasz syn! – odpowiadałem coraz słabiej.

Młodsza córka, Kasia, przestała przyjeżdżać na niedzielne obiady.

– Tato, nie mogę patrzeć jak pozwalasz Michałowi niszczyć nasze życie – powiedziała przez telefon.

Zostałem sam ze swoim sumieniem i poczuciem winy. Każdego dnia budziłem się z myślą: „Może dziś będzie lepiej? Może dziś Michał się ogarnie?” Ale nic się nie zmieniało.

Pewnego dnia Anka postawiła sprawę jasno:

– Albo postawisz mu granice, albo odejdę.

To był cios prosto w serce. Przez chwilę miałem ochotę wykrzyczeć jej w twarz: „Jak możesz?! To przecież nasz syn!” Ale nie miałem już siły.

Wieczorem usiadłem z Michałem przy kuchennym stole.

– Synu… – zacząłem drżącym głosem. – Nie mogę ci już pomagać w ten sposób. Musisz sobie poradzić sam.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Co ty gadasz? Przecież zawsze mi pomagałeś! – krzyknął.

– Właśnie dlatego muszę przestać – odpowiedziałem cicho.

Wyszedł trzaskając drzwiami. Przez tydzień nie dawał znaku życia.

Nie spałem nocami. W głowie miałem tysiące scenariuszy: co jeśli coś mu się stanie? Co jeśli naprawdę go stracę?

Anka próbowała mnie pocieszać:

– Musiałeś to zrobić. Inaczej nigdy nie dorośnie.

Po tygodniu Michał zadzwonił:

– Tato… mogę wrócić do domu? Chcę spróbować jeszcze raz…

Zgodziłem się pod jednym warunkiem: terapia i praca. Nie było łatwo. Były łzy, krzyki i kolejne próby manipulacji. Ale tym razem byłem twardy.

Minęły dwa lata od tamtej rozmowy. Michał pracuje w magazynie w Łodzi, wynajmuje pokój z kolegą z terapii. Nie jest idealnie – czasem dzwoni z prośbą o radę albo wsparcie, ale już nie o pieniądze.

Czasem zastanawiam się: czy zrobiłem dobrze? Czy można przestać być „ratownikiem” dla własnych dzieci? Czy miłość rodzica to zawsze bezwarunkowa pomoc?

Może ktoś z was też musiał kiedyś wybrać między sercem a rozumem? Jak poradziliście sobie z poczuciem winy?