Gdy własna córka rzuca mi w twarz: „Ty sobie żyjesz, a my toniemy w długach” — i nagle moja emerytura przestaje być tylko moja

„Ty sobie żyjesz, a my toniemy w długach!” — te słowa Ani uderzyły mnie mocniej niż policzek. Stała w moim progu bez kurtki, z rozmazanym tuszem pod oczami. Ja trzymałam w ręku kubek herbaty, jeszcze ciepły. I nagle poczułam się, jakbym robiła coś obrzydliwego tylko dlatego, że na chwilę usiadłam.

„Ania, wejdź… spokojnie. Co się stało?”

„Co się stało?” — prychnęła. „Mamo, prąd nam odetną. Rozumiesz? Prąd. A ty mówisz o sanatorium i o tym, że wreszcie odpoczniesz.”

Zamarłam. Sanatorium. Tak się cieszyłam jak dziecko, że w końcu nie będę liczyć każdej złotówki jak kiedyś. Że po czterdziestu latach pracy w sklepie mam prawo do ciszy. A ona patrzyła na mnie, jakbym była winna jej rachunków.

„Ile?” — zapytałam cicho.

Ania rzuciła na stół kopertę. „Cztery tysiące zaległości. I jeszcze rata za auto. I kredyt. I… nie wiem, mamo. Nie ogarniam.”

„A Michał?”

„Michał?” — w jej głosie było coś ostrego. „Michał mówi, że ‘jakoś będzie’. A potem idzie do kolegów, bo musi się ‘odstresować’. A ja siedzę z dziećmi i udaję, że wszystko jest normalnie.”

W tej samej chwili poczułam, jak wstyd wchodzi mi pod skórę. Bo w małym mieście ludzie wiedzą szybciej niż ty sama. Wystarczy, że ktoś zobaczy windykatora pod blokiem. Wystarczy, że w sklepie ktoś szepnie: „To ta Ania, co jej się nie układa.” A potem: „Matka na emeryturze, a nie pomoże?”

„Nie wiedziałam” — powiedziałam.

„Bo nie pytałaś!” — krzyknęła. „Bo jak dzwonię, to zawsze: ‘Jestem zmęczona, Aniu’. A ja? Ja nie jestem?”

Zrobiło mi się duszno. Miałam ochotę odpowiedzieć, że ja też całe życie dźwigałam. Że ich z ojcem ciągnęłam, gdy on pił. Że Ania miała studniówkę, mimo że ja nie jadłam mięsa przez miesiąc. Ale słowa stanęły mi w gardle, bo widziałam jej ręce. Drżały.

„Mamo…” — jej głos nagle zmiękł. „Ja już nie proszę o luksusy. Ja proszę, żebyśmy nie wylądowali na ulicy.”

Wtedy zadzwonił telefon. Sąsiadka, Ewa.

„Halina, widziałam Anię u ciebie… wszystko w porządku?” — zapytała za słodko.

„Tak, Ewo. Rozmawiamy.”

„No bo wiesz… młodzi teraz… a matka to matka. Jak trzeba, to trzeba.”

Odłożyłam słuchawkę. Poczułam w sobie złość. Nie na Ewę. Na to, jak łatwo wszyscy rozliczają cudze życie.

„Nie chcę, żeby mi ktoś mówił, co mam robić” — powiedziałam głośniej, niż planowałam.

Ania spojrzała, jakby ją to zabolało. „To nie ktoś, mamo. To ja.”

Siedziałyśmy w ciszy. Słyszałam tylko zegar. Tik. Tak. Tik. Tak.

„Mam oszczędności” — powiedziałam w końcu. „Ale to są moje pieniądze. Na leki. Na gorsze dni. Na to, żebym nie prosiła nikogo.”

„Czyli mnie” — wtrąciła.

„Nie. Nikogo.”

„A ja mam prosić kogo?” — jej głos znowu się łamał. „Mamo, ja się boję. Ja nie śpię. Dzieci pytają, czemu nie jedziemy nigdzie, czemu w domu zimno. Ja mówię, że tak ma być. Kłamię im.”

Wstałam i podeszłam do okna. Na podwórku ktoś trzepał dywan. Normalne życie. Zwykłe. Jakby nic się nie działo.

„Ile ci brakuje na teraz?”

„Dwa tysiące. Na już. Resztę… nie wiem. Może jakoś rozłożą.”

Odwróciłam się. „Dam ci. Ale jest warunek.”

„Jaki?”

„Idziesz ze mną do doradcy. Spisujemy wszystko. Przestajesz ukrywać. Michał też ma przyjść. I jeszcze jedno… nie będziesz na mnie krzyczeć, jak na bankomat.”

Ania otworzyła usta, jakby chciała zaprotestować. Potem tylko usiadła ciężko.

„On nie przyjdzie” — wyszeptała.

„To przyjdziesz ty. A potem zobaczymy, czy on ma w ogóle prawo mówić ‘jakoś będzie’.”

„Mamo…” — spojrzała na mnie inaczej. Nie jak na winowajczynię. Jak na kogoś, kto jeszcze stoi.

Wyjęłam z szuflady kopertę z oszczędnościami. Ręce mi drżały, kiedy liczyłam. Każdy banknot był jak kawałek mojego spokoju.

„Nie chcę cię zrujnować” — powiedziała.

„A ja nie chcę cię stracić” — odpowiedziałam szybko. „Ale nie chcę też stracić siebie.”

Wzięła pieniądze, jakby były gorące. „Przepraszam za to, co powiedziałam.”

„Ja też przepraszam, że nie widziałam” — powiedziałam. „I że odpoczynek zaczął mi się wydawać grzechem.”

Gdy wychodziła, odwróciła się jeszcze w drzwiach.

„Mamo… ty naprawdę pojedziesz do tego sanatorium?”

Zawahałam się. „Pojadę. Ale najpierw ogarniemy was. Razem. I na uczciwych zasadach.”

Skinęła głową. W jej oczach wciąż było dużo strachu, ale pierwszy raz od dawna zobaczyłam też ulgę.

Wieczorem siedziałam sama przy stole, patrząc na pustą kopertę. I myślałam, jak łatwo w Polsce zamienia się miłość w obowiązek, a obowiązek w szantaż.

Czy bycie dobrą matką oznacza oddać wszystko, nawet własny spokój? A gdzie w tym wszystkim jest granica, po której już nie ratuję — tylko tonę razem z nimi?