Dwa tygodnie przed świętami – rodzinna inwazja, która zmieniła moje życie
— Magda, otwórz, bo zaraz zamarzniemy! — głos teściowej przebił się przez drzwi, zanim jeszcze zdążyłam odłożyć ścierkę. Był poniedziałek, dwa tygodnie przed Wielkanocą, a ja właśnie kończyłam sprzątać kuchnię po śniadaniu. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam nie tylko teściową, ale też jej siostrę Halinę, szwagra Zbyszka i ich dwójkę dzieci. Wszyscy z walizkami, kurtkami, torbami z zakupami.
— Co się stało? — zapytałam, próbując ukryć zaskoczenie.
— No jak to co, Magda? Przecież mówiłam, że Halina z rodziną przyjedzie na święta. Trochę wcześniej, bo Zbyszek ma urlop. — Teściowa weszła do środka, rozpinając płaszcz.
Nie pamiętałam tej rozmowy. Może wspomniała coś mimochodem, ale nie sądziłam, że oznacza to dwutygodniową inwazję. Mój mąż, Tomek, był w pracy. Nasza córka, Zosia, bawiła się w pokoju. Ja zostałam sama na froncie, z całą armią gości.
Przez pierwsze godziny próbowałam być miła. Parzyłam kawę, wyciągałam ciasto z zamrażarki, pokazywałam, gdzie co jest. Ale już po południu czułam się jak intruz we własnym domu. Halina narzekała, że w lodówce nie ma jej ulubionego jogurtu, Zbyszek rozsiadł się w salonie i włączył telewizor na cały regulator, dzieci biegały po mieszkaniu, przewracając wszystko, co napotkały na drodze. Teściowa komentowała każdy mój ruch: „Magda, nie tak się kroi cebulę”, „Magda, nie przesadzaj z solą”, „Magda, może byś w końcu umyła okna, bo wstyd przed rodziną”.
Wieczorem zadzwoniłam do Tomka. — Kochanie, czy ty wiedziałeś, że oni przyjadą na dwa tygodnie? — zapytałam, próbując nie płakać.
— No coś tam mama wspominała, ale myślałem, że to żart. Przepraszam, nie wiedziałem, że to tak na poważnie. — Jego głos był zmęczony, jakby już się poddał.
— Tomek, ja nie dam rady. Oni mnie tu zaraz wykończą. — Usłyszałam w słuchawce ciszę.
— Jakoś to przetrwamy, Magda. To tylko rodzina. — Tylko rodzina. Te słowa dźwięczały mi w głowie przez całą noc, kiedy nie mogłam zasnąć, bo dzieci Haliny płakały, a Zbyszek chrapał tak głośno, że drżały szyby.
Kolejne dni były jak zły sen. Każdego ranka budziłam się z nadzieją, że to już koniec, że zaraz wyjdą, ale oni zostawali. Halina przejęła kuchnię, gotowała zupę, której nikt nie chciał jeść, a potem obrażała się, że nie doceniam jej starań. Zbyszek narzekał na brak miejsca w łazience, dzieci rozlały sok na dywan, a teściowa codziennie przypominała mi, że „rodzina to świętość” i powinnam być wdzięczna, że mamy kogo gościć.
Zosia zaczęła się jąkać. Przestała wychodzić z pokoju, bała się hałasu i krzyków. Próbowałam z nią rozmawiać, ale sama byłam na skraju wytrzymałości. W nocy płakałam w łazience, żeby nikt nie słyszał. Czułam się niewidzialna, jakby moje potrzeby nie miały żadnego znaczenia. Każdy dzień był walką o przetrwanie.
W sobotę, tydzień przed Wielkanocą, doszło do wybuchu. Halina weszła do kuchni, kiedy robiłam śniadanie.
— Magda, ile można czekać na kawę? — rzuciła z pretensją.
— Halina, robię co mogę. Może sama sobie zrobisz? — odpowiedziałam, pierwszy raz odważyłam się podnieść głos.
— No pięknie, jeszcze się obraża! — Halina spojrzała na mnie z pogardą. — W twoim domu nie czuć świątecznej atmosfery. U nas w rodzinie zawsze było wesoło, a tu tylko napięcie.
— Może dlatego, że nikt nie liczy się z moimi uczuciami? — wybuchłam. — To jest mój dom, a ja czuję się tu jak służąca!
W kuchni zapadła cisza. Teściowa weszła, spojrzała na mnie surowo.
— Magda, przesadzasz. Rodzina to rodzina. Trzeba się poświęcić.
— A kto się poświęci dla mnie? — zapytałam cicho, ale nikt nie odpowiedział.
Wieczorem Tomek wrócił wcześniej. Zastał mnie płaczącą w łazience.
— Magda, co się dzieje?
— Nie mogę już tak żyć. Albo oni się wyprowadzą, albo ja. — Spojrzałam mu w oczy. — Wybieraj.
Tomek długo milczał. W końcu wyszedł do salonu i powiedział głośno:
— Mamo, Halino, Zbyszku, musimy porozmawiać. Magda jest wykończona. To nie jest hotel, tylko nasz dom. Proszę, znajdźcie sobie nocleg na resztę pobytu.
Teściowa była oburzona. Halina płakała, Zbyszek rzucał przekleństwami. Ale Tomek był nieugięty. Następnego dnia spakowali się i wyszli, trzaskając drzwiami.
Po ich wyjściu w mieszkaniu zapanowała cisza. Zosia przytuliła się do mnie i powiedziała: — Mamusiu, już nie chcę, żeby ktoś do nas przyjeżdżał.
Przez kilka dni dochodziłam do siebie. Czułam się winna, że nie potrafiłam być „idealną synową”, ale jednocześnie byłam dumna, że w końcu postawiłam granice. Tomek przeprosił mnie za wszystko. Zosia zaczęła znowu się śmiać.
Dziś, kiedy myślę o tamtych dniach, zastanawiam się: ile jeszcze razy pozwolimy, by inni decydowali o naszym szczęściu? Czy naprawdę musimy poświęcać siebie w imię rodzinnych tradycji? Może czasem warto powiedzieć „dość”, zanim zatracimy siebie na zawsze?