Dlaczego postanowiłam nie zostawić spadku mojemu synowi – historia matki, która musiała wybrać między dziećmi
– Mamo, nie możesz tego zrobić! – głos Pawła rozbrzmiewał w kuchni jak grzmot. Stał naprzeciwko mnie, zaciśnięte pięści, oczy pełne gniewu i rozczarowania. – To niesprawiedliwe wobec mnie!
Patrzyłam na niego, mojego dorosłego syna, którego wychowywałam sama przez tyle lat. W tej chwili miałam wrażenie, że znów widzę w nim tego małego chłopca, który kiedyś tulił się do mnie po nocnych koszmarach. Ale teraz był dorosły. I był wściekły.
Nie wiedziałam, jak mu to powiedzieć. Przez całe życie starałam się być sprawiedliwa wobec niego i jego siostry, Agaty. Ale życie nie jest sprawiedliwe. Nigdy nie było.
– Paweł… – zaczęłam cicho, ale przerwał mi gwałtownie.
– Zawsze miałem trudniej niż Agata! Ona zawsze była twoją faworytką! – krzyknął, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
To nie była prawda. Ale czy mogłam go przekonać? Czy mogłam przekonać samą siebie?
Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy lekarz zadzwonił z wynikami badań Agaty. Siedziałam wtedy na starym fotelu w salonie, patrząc przez okno na szare niebo nad Warszawą. „Pani córka potrzebuje kosztownej operacji za granicą” – powiedział lekarz. „Bez niej… może nie przeżyć.”
Wtedy poczułam, jak świat wali mi się na głowę. Przez całe życie walczyłam o to, żeby moje dzieci miały lepiej niż ja. Po rozwodzie z Markiem, ich ojcem, zostałam sama z dwójką małych dzieci i kredytem na mieszkanie na Bródnie. Marek płacił alimenty, był przyzwoitym człowiekiem, ale nigdy nie był obecny. Wszystko było na mojej głowie: praca w szkole podstawowej, korepetycje po godzinach, wieczne oszczędzanie na wszystkim.
Paweł od zawsze miał trudny charakter. Zbuntowany nastolatek, który wpadł w złe towarzystwo i kilka razy miał problemy z policją. Agata była inna – cicha, zamknięta w sobie, ale zawsze gotowa pomóc. To ona zostawała ze mną w domu, kiedy byłam chora. To ona gotowała obiady dla nas wszystkich.
Kiedy Paweł miał dwadzieścia lat, wyprowadził się z domu po kolejnej kłótni o pieniądze. Przez lata widywaliśmy się rzadko – głównie wtedy, gdy potrzebował wsparcia finansowego. Agata została ze mną najdłużej, pomagała mi opiekować się domem i później swoim synkiem, kiedy została samotną matką.
Teraz Paweł wrócił do mojego życia z żądaniem: „Chcę wiedzieć, co dostanę po twojej śmierci.”
Nie spałam przez wiele nocy. Przeglądałam dokumenty: mieszkanie na Bródnie warte 700 tysięcy złotych, trochę oszczędności na koncie i stare auto. Wiedziałam już wtedy, że całość przekażę Agacie – żeby mogła opłacić operację i zapewnić wnukowi dach nad głową.
Ale jak powiedzieć to Pawłowi? Jak powiedzieć synowi, że nie dostanie nic?
– Paweł… – zaczęłam jeszcze raz. – Wiesz dobrze, że Agata jest ciężko chora. Potrzebuje pieniędzy na leczenie. Jeśli jej nie pomogę…
– A ja? – przerwał mi znowu. – Ja też mam problemy! Też mam długi! Też mam dziecko!
Spojrzałam mu prosto w oczy.
– Ale ty zawsze sobie radziłeś po swojemu. Zawsze wybierałeś własną drogę. Agata nigdy nie prosiła o nic dla siebie.
Paweł odwrócił się gwałtownie i wyszedł trzaskając drzwiami. Zostałam sama w kuchni, słysząc jeszcze jego kroki na klatce schodowej.
Tamtej nocy długo płakałam. Próbowałam przypomnieć sobie wszystkie chwile z dzieciństwa moich dzieci: ich pierwsze kroki, pierwsze słowa, wspólne święta przy stole przykrytym białym obrusem. Czy byłam dobrą matką? Czy naprawdę faworyzowałam Agatę? Czy to ja zawiodłam Pawła?
Kilka dni później zadzwoniła do mnie Agata.
– Mamo… Paweł do mnie dzwonił. Powiedział mi wszystko.
Zamarłam.
– I co powiedział? – zapytałam cicho.
– Że mnie nienawidzi – odpowiedziała łamiącym się głosem. – Że zabieram mu wszystko.
Siedziałyśmy razem w milczeniu przez długą chwilę.
– Może powinnam się wycofać – szepnęła Agata. – Może powinnam zrezygnować z tej operacji…
– Nie mów tak! – przerwałam jej ostro. – Jesteś moją córką! Muszę ci pomóc!
Wiedziałam jednak, że ta decyzja rozbije naszą rodzinę na kawałki.
Przez kolejne tygodnie Paweł nie odbierał moich telefonów. Marek próbował mediować między nami, ale bez skutku. W końcu przyszedł list od Pawła: „Nie licz na to, że kiedykolwiek ci wybaczę.”
Czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była podzielić majątek po równo? Czy ratowanie życia córki usprawiedliwia odebranie synowi nadziei na lepszą przyszłość?
Dziś siedzę sama przy kuchennym stole i patrzę na zdjęcia moich dzieci z czasów, gdy byli jeszcze mali i niewinni. Wiem jedno: każda matka musi czasem podjąć decyzję niemożliwą do udźwignięcia.
Czy jestem potworem? Czy tylko matką próbującą ocalić to, co najważniejsze? Co wy byście zrobili na moim miejscu?