„Dlaczego mój syn i jego żona zdecydowali się na dziecko właśnie teraz?” – Historia matki, która nie potrafi pogodzić się z wyborami swojego dorosłego dziecka

– Mamo, musimy porozmawiać – głos Michała drżał lekko, a ja od razu poczułam ścisk w żołądku. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, ten sam stół, przy którym od lat rozwiązywaliśmy rodzinne sprawy. Tym razem jednak czułam, że to nie będzie zwykła rozmowa.

– Oczywiście, synku. Co się stało? – zapytałam, próbując ukryć narastający niepokój.

Obok niego siedziała Ania, jego żona. Zawsze elegancka, z telefonem w dłoni, jakby nawet w domu nie mogła oderwać się od pracy. Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, ale jej oczy były zmęczone.

– Mamo… będziesz babcią – powiedział Michał i przez chwilę w kuchni zapadła cisza.

Powinnam była się ucieszyć. Przecież każda matka marzy o tym, by doczekać wnuków. Ale zamiast radości poczułam lęk. Przecież oni ciągle pracują! Michał wraca do domu po dwudziestej, Ania często jeszcze później. Kto zajmie się tym dzieckiem? Czy ono nie zasługuje na coś więcej niż opiekunkę?

– To cudowna wiadomość – wydusiłam z siebie, choć głos mi zadrżał. – Ale… jesteście pewni? Przecież wasza praca…

Ania spojrzała na mnie ostro:

– Pani Zosiu, damy radę. Mamy wszystko zaplanowane. Zatrudnimy nianię, a ja mogę część pracy wykonywać zdalnie.

Zamknęłam oczy na chwilę. W mojej głowie pojawiły się obrazy z dzieciństwa Michała: jak biegał po podwórku, jak tulił się do mnie po upadku, jak płakał, gdy pierwszy raz poszedł do przedszkola. Czy ich dziecko też będzie miało takie wspomnienia? Czy ktoś przytuli je po złym śnie?

Przez kolejne tygodnie próbowałam przyzwyczaić się do myśli o wnuku. Michał i Ania byli pochłonięci przygotowaniami – wybierali wózek przez internet, zamawiali designerskie mebelki do pokoju dziecięcego. Wszystko wydawało się takie… zimne, zaplanowane co do minuty.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Ania:

– Pani Zosiu, czy mogłaby pani odebrać paczkę dla nas? Kurier przyjedzie między 10 a 12.

– Oczywiście – odpowiedziałam automatycznie.

Po chwili dodała:

– I… czy mogłaby pani czasem zostać z małym, gdy wrócę do pracy? Niania będzie dopiero od września.

Zgodziłam się bez wahania. Może to moja szansa, by pokazać im, jak ważna jest obecność bliskich?

Kiedy urodził się Staś, byłam pierwszą osobą, która go zobaczyła poza rodzicami. Mały był cudowny – miał oczy Michała i usta Ani. Patrzyłam na niego i łzy same płynęły mi po policzkach.

Pierwsze tygodnie były trudne. Ania była zmęczona, ale już po miesiącu zaczęła odbierać służbowe maile. Michał wracał późno i często nawet nie widział syna przed snem.

Pewnego wieczoru usiadłam z Anią w kuchni.

– Wiesz, Aniu… Ja rozumiem, że praca jest ważna. Ale Staś tak szybko rośnie… Może warto czasem zwolnić?

Spojrzała na mnie z irytacją:

– Pani Zosiu, czasy się zmieniły. Chcemy zapewnić mu wszystko: dobre przedszkole, zajęcia dodatkowe… To kosztuje. Poza tym… ja nie potrafiłabym siedzieć w domu cały dzień.

Poczułam się staro i niepotrzebna. Może rzeczywiście nie rozumiem dzisiejszego świata? Może to ja jestem problemem?

Mimo wszystko spędzałam ze Stasiem każdą wolną chwilę. Uczyłam go pierwszych słów, śpiewałam kołysanki, tuliłam gdy płakał. Czułam się potrzebna jak nigdy wcześniej.

Któregoś dnia Michał przyszedł po pracy wyjątkowo wcześnie. Zastał mnie z małym na kolanach.

– Mamo… Dziękuję ci za wszystko – powiedział cicho.

Spojrzałam na niego ze łzami w oczach:

– Synku… Ja tylko chcę, żebyście byli szczęśliwi. Ale czy naprawdę musicie tak pędzić? Czy Staś nie zasługuje na waszą obecność?

Michał spuścił wzrok:

– Nie wiem… Czasem mam wrażenie, że gonię za czymś, co nie ma sensu. Ale boję się zwolnić…

Wtedy zrozumiałam – oni też są zagubieni. Chcą dobrze dla swojego dziecka, ale boją się stracić to, co już osiągnęli.

Dziś Staś ma dwa lata. Nadal spędzam z nim dużo czasu. Michał i Ania są coraz bardziej zmęczeni, coraz częściej kłócą się o drobiazgi. Widzę ich frustrację i smutek ukryty za perfekcyjnym uśmiechem.

Czasem pytam siebie: czy naprawdę warto mieć wszystko oprócz czasu dla własnego dziecka? Czy sukces zawodowy może zastąpić ciepło rodzinnego domu?

Może to ja jestem staroświecka… Ale czy naprawdę tylko ja widzę, że dzieci najbardziej potrzebują obecności rodziców?

A wy? Co myślicie? Czy można pogodzić karierę z prawdziwym rodzicielstwem?