„Czy naprawdę jestem złą teściową? Moja walka o relację z synową”
– Znowu to zrobiłaś, mamo – usłyszałam głos Pawła, mojego syna, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi do kuchni. Stał tam z Martą, moją synową, która patrzyła na mnie z chłodnym dystansem. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.
– Co zrobiłam? – zapytałam, starając się nie podnosić głosu. – Chciałam tylko pomóc z obiadem.
Marta odwróciła wzrok. – Nie prosiłam o pomoc – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Lubię gotować po swojemu.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Przecież chciałam dobrze. Przez całe życie byłam tą, która dbała o dom, gotowała dla rodziny, troszczyła się o wszystkich. Kiedy Paweł się ożenił, myślałam, że będziemy jedną wielką rodziną. Tymczasem każda moja próba zbliżenia się do Marty kończyła się fiaskiem.
Pamiętam dzień ich ślubu. Marta wyglądała pięknie, a ja byłam dumna z syna. Wtedy jeszcze wierzyłam, że wszystko się ułoży. Ale już podczas wesela zauważyłam pierwsze rysy – Marta nie chciała tańczyć ze mną pierwszego tańca teściowej, tłumacząc się zmęczeniem. Zbyłam to żartem, ale w środku poczułam ukłucie niepokoju.
Z czasem było tylko trudniej. Każda wizyta u nich w mieszkaniu była jak egzamin. Czy przyniosłam odpowiedni prezent? Czy nie narzucam się za bardzo? Czy nie komentuję zbyt wiele? Paweł próbował łagodzić sytuację, ale widziałam, jak coraz częściej staje po stronie żony.
Najgorsze były święta. W zeszłym roku zaprosiłam ich na Wigilię. Przygotowałam wszystko tak, jak zawsze – barszcz z uszkami według przepisu mojej mamy, pierogi lepione przez całą noc. Marta przyszła z własnym ciastem i… wegańskim bigosem. Uśmiechnęła się przepraszająco:
– Wiem, że to nietypowe, ale chciałam spróbować czegoś nowego.
Poczułam się odrzucona. Jakby tradycje mojej rodziny nie miały już znaczenia. Przez resztę wieczoru siedziałam cicho, obserwując jak Paweł chwali bigos Marty i prosi o dokładkę. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa Pawła – jak zawsze prosił o dokładkę mojego barszczu…
Po świętach długo nie mogłam dojść do siebie. Zaczęłam unikać spotkań, tłumacząc się zmęczeniem. Ale tęskniłam za synem i wnuczką Zosią. Chciałam być częścią ich życia.
Któregoś dnia zadzwonił Paweł:
– Mamo, czemu tak rzadko dzwonisz?
– Nie chcę przeszkadzać – odpowiedziałam wymijająco.
– Przestań tak mówić! Marta naprawdę chce mieć z tobą lepszy kontakt.
Nie wierzyłam mu. Ale postanowiłam spróbować jeszcze raz.
Zadzwoniłam do Marty i zaproponowałam wspólne wyjście na spacer z Zosią. Zgodziła się bez entuzjazmu. Spotkałyśmy się w parku. Przez pierwsze minuty rozmawiałyśmy tylko o pogodzie i Zosi. W końcu zebrałam się na odwagę:
– Marto… czy ja coś robię źle? Chciałabym być bliżej was, ale mam wrażenie, że ci przeszkadzam.
Spojrzała na mnie zaskoczona. – To nie tak… Po prostu… Czasem czuję presję. Wiem, że masz swoje sposoby na wszystko i boję się, że cię rozczaruję.
Zaniemówiłam. Nigdy nie pomyślałam o tym w ten sposób.
– Ja też się boję – przyznałam cicho. – Boję się, że stracę kontakt z synem i wnuczką.
Marta uśmiechnęła się lekko. – Może spróbujemy od nowa?
Od tamtej pory próbuję inaczej patrzeć na Martę. Staram się nie komentować jej wyborów, pytam o zdanie zanim coś zrobię. Czasem jest trudno – zwłaszcza gdy widzę, że robi coś inaczej niż ja bym zrobiła. Ale uczę się odpuszczać.
Ostatnio zaprosiła mnie na obiad do siebie. Przygotowała wegańskie danie i poprosiła mnie o przepis na mój barszcz – „może uda się zrobić wersję roślinną?”. Poczułam wtedy coś na kształt dumy i wzruszenia.
Wiem, że jeszcze długa droga przed nami. Ale czy naprawdę jestem złą teściową? Czy może po prostu obie uczymy się siebie nawzajem?
A wy? Jak radzicie sobie z budowaniem relacji w rodzinie? Czy warto czasem odpuścić swoje racje dla bliskości?