Czekałam całą noc. A on wrócił jak gdyby nigdy nic — i wtedy musiałam wybrać między rodziną a sobą
— Czekałam na ciebie całą noc. Gdzie byłeś? — mój głos pękł, zanim zdążyłam udawać spokój.
Wiktor stał przy łóżku i uśmiechał się tak, jakby wrócił tylko po bułki. W słońcu wyglądał na młodszego, prawie beztroskiego.
— Moja mała, widzisz, ze mną nic się nie stało. Ogarnij się, pójdziemy gdzieś na śniadanie — powiedział i przeciągnął dłonią po moich włosach.
Odsunęłam się.
— Ogarnij się? Ja myślałam, że leżysz gdzieś w rowie. Albo że… — urwałam, bo w gardle stanęła mi sucha gula.
Za oknem było ciepło jak latem. A we mnie było zimno.
— Kasia, nie rób scen. — Wiktor westchnął. — Musiałem coś załatwić.
— Co? Z kim? — naciskałam.
Wiktor spojrzał w bok. Ten jeden ruch wystarczył, żebym poczuła, że kłamie.
— Nie twoja sprawa.
Wtedy usłyszałam skrzypnięcie w przedpokoju. Drzwi wejściowe. Kroki. Babcia Helena wróciła z kościoła wcześniej, niż powinna. Zawsze wracała wcześniej, kiedy czuła, że w domu dzieje się coś złego.
— Kasieńka? — zawołała. — Wstałaś?
Wiktor momentalnie zmienił ton.
— Dzień dobry, pani Heleno — powiedział gładko, jakby był idealnym wnukiem z reklamy.
Babcia stanęła w progu. W czarnej spódnicy, z różańcem w dłoni. Jej wzrok przesunął się po mnie, po nim, po mojej poduszce, jakby szukała śladów grzechu.
— Wiktor… — powiedziała cicho. — Ty tu spałeś?
— Przyszedłem rano. Kasia się martwiła. — Uśmiechnął się.
Babcia nie odwzajemniła uśmiechu.
— Martwiła się? Bo zniknąłeś.
Zrobiło mi się duszno. Babcia wiedziała. Albo podejrzewała. A w naszym domu podejrzenie było gorsze od dowodu.
— Heleno, daj spokój — rzucił Wiktor, już mniej grzecznie. — Przecież nic złego.
Babcia zacisnęła palce na różańcu.
— Nic złego? Wczoraj twoja matka dzwoniła do mnie trzy razy. Pytała, gdzie jesteś. Mówiła, że znowu „cię wciągnęli”. — Zawiesiła głos. — I że Kasia… że Kasia ma się trzymać od ciebie z daleka.
Wiktor spochmurniał.
— Moja matka lubi dramaty.
— A twoje dramaty lubią karetkę — odparła babcia ostro.
W pokoju zrobiło się cicho. Tak cicho, że słyszałam, jak tyka zegar w kuchni.
— Babciu, przestań — wyszeptałam.
— Nie. — Babcia spojrzała na mnie prosto. — Po śmierci dziadka obiecałaś mi, że nie będziesz robić wstydu. Że skończysz studia. Że nie dasz się wciągnąć w cudze życie.
Te słowa bolały bardziej niż krzyk. „Wstyd” w naszej rodzinie był jak wyrok. W bloku i tak wszystko było słychać. Sąsiadka Jadzia potrafiła powiedzieć „dzień dobry” tak, że brzmiało jak oskarżenie.
Wiktor podszedł bliżej.
— Kasia, chodź. Zjemy coś. Odetchniemy. — Wziął mnie za rękę.
Zacisnęłam palce, ale nie odwzajemniłam uścisku.
— Gdzie byłeś? — powtórzyłam, już spokojniej, bo zrozumiałam, że zaraz pęknę.
Wiktor nachylił się i syknął tak, żeby babcia nie usłyszała:
— Nie teraz.
Babcia jednak usłyszała wszystko. Babcie słyszą więcej, niż chcą.
— Teraz. — Jej głos był jak zimna woda. — Bo ja już mam dość nocy, w których czekasz na telefon i udajesz, że to „miłość”.
Wiktor puścił moją rękę.
— Pani Helena, proszę nie robić ze mnie potwora.
— Nie muszę. Ty sam to robisz.
Wiktor spojrzał na mnie. W jego oczach było coś, co znałam: prośba i groźba w jednym.
— Kasia. Idziesz czy zostajesz?
I nagle wszystko stało się proste. Nie łatwe. Proste.
Zobaczyłam siebie, jak siedzę kolejny raz na schodach klatki, o trzeciej w nocy, z telefonem w dłoni. Zobaczyłam babcię, jak rano udaje przed sąsiadkami, że „u nas wszystko dobrze”. Zobaczyłam też Wiktora, jak zawsze wraca z uśmiechem i mówi: „ogarnij się”.
— Wiktor… — zaczęłam.
— No?
— Nie pójdę na śniadanie.
Jego twarz stężała.
— Żartujesz.
— Nie. — Głos mi drżał, ale stałam. — Powiedz mi prawdę. Albo wyjdź.
Babcia wciągnęła powietrze, jakby ktoś ją uderzył. Nie dlatego, że byłam odważna. Dlatego, że wreszcie przestałam być posłuszna.
Wiktor prychnął.
— Prawda jest taka, że nie wytrzymuję w tym twoim domu. Kościół, plotki, obietnice, strach. — Machnął ręką. — Byłem u Łukasza. Miałem dług. Spłaciłem.
— Skąd pieniądze? — zapytałam.
Wiktor milczał ułamek sekundy za długo.
Babcia zrobiła krok do przodu.
— Wiktor, zostaw ją. — Jej głos zadrżał. — Ona jest dzieckiem.
— Nie jestem dzieckiem — wyrwało mi się.
Wiktor uśmiechnął się krzywo.
— No właśnie.
Wtedy zobaczyłam na jego nadgarstku świeży ślad. Cienką, czerwoną linię. Jak po szarpnięciu. Jak po czyichś paznokciach.
— Kto ci to zrobił? — zapytałam.
— Nikt.
— Kłamiesz.
Wiktor podniósł głos.
— Kasia, przestań mnie przesłuchiwać!
Babcia nie wytrzymała.
— Wynoś się z tego domu — powiedziała cicho, ale tak, że aż mi serce stanęło. — Zostaw moją wnuczkę.
Wiktor spojrzał na babcię z pogardą.
— Pani myśli, że pani ją uratuje? Pani ją tylko trzyma na smyczy.
— A ty chcesz ją ciągnąć w dół — odpowiedziała.
Wiktor odwrócił się do mnie.
— Ostatni raz. Idziesz?
W gardle miałam płacz, ale nie pozwoliłam mu wyjść.
— Nie. — powiedziałam. — I nie wracaj tu.
Wiktor stał przez chwilę, jakby nie wierzył, że to ja to mówię. Potem parsknął śmiechem.
— Dobra. Bądź grzeczną wnuczką. — rzucił i wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że aż obrazek z Matką Boską w przedpokoju przekrzywił się na ścianie.
Babcia opadła na krzesło.
— Kasieńka… — wyszeptała. — Ja nie chcę cię kontrolować. Ja się boję.
Usiadłam przy niej. Wzięłam jej dłoń. Była zimna.
— Ja też się boję — powiedziałam. — Ale ja już nie chcę się bać w imię miłości.
Babcia pokiwała głową, jakby nagle była starsza o dziesięć lat.
— Sąsiedzi będą gadać — mruknęła.
— Niech gadają — odpowiedziałam, choć sama czułam, jak ten „głos ludzi” zaciska mi się na karku.
Po południu zadzwoniła mama.
— Helena mówi, że go wyrzuciłyście. — Jej ton był ostry, spięty. — Kasia, co ty wyprawiasz? To rodzina.
— Rodzina nie znika w nocy i nie wraca z uśmiechem — powiedziałam. — Rodzina nie mówi mi „ogarnij się”, kiedy ja się sypię.
W słuchawce zapadła cisza.
— Masz być rozsądna — wyszeptała mama.
— Jestem. Po raz pierwszy.
Wieczorem długo siedziałam w kuchni. Babcia kroiła chleb, jakby to ją ratowało. Ja patrzyłam na telefon. Nie dzwonił. I to bolało. Ale to był inny ból. Czystszy.
Do dziś nie wiem, czy bardziej bałam się Wiktora, czy tego, że bez niego będę musiała w końcu żyć po swojemu.
A wy… ile razy zostaliście „grzeczni”, żeby tylko nikt nie mówił? I czy naprawdę warto płacić za spokój własnym sercem?