Czego nie powiedziałam mojej matce – historia o miłości, zdradzie i przebaczeniu
Wszystko zaczęło się od krzyku. Nie mojego – mojej matki. Stałam w kuchni jej mieszkania na warszawskim Bródnie, trzymając w rękach walizkę, a ona patrzyła na mnie z mieszaniną gniewu i rozczarowania.
– I co teraz, Zuzanna? – zapytała, nie czekając na odpowiedź. – Myślałaś, że jak wyjdziesz za tego swojego Piotrka, to już nigdy nie będziesz musiała tu wracać?
Miałam wtedy trzydzieści cztery lata i dwójkę dzieci. Moje małżeństwo właśnie się rozpadło. Piotrek zostawił mnie dla młodszej koleżanki z pracy – klasyka. Zdrada wyszła na jaw przypadkiem, przez głupi SMS, który zobaczyłam na jego telefonie. „Tęsknię za tobą, kochanie” – napisała ona. A on odpisał: „Ja za tobą bardziej”.
Nie płakałam wtedy. Byłam wściekła. Wściekła na niego, na siebie, na cały świat. Ale najbardziej na matkę, bo wiedziałam, że będzie miała rację. Zawsze miała rację.
– Mamo, nie mam gdzie iść – powiedziałam cicho. – Potrzebuję tylko kilku tygodni, dopóki nie znajdę czegoś dla siebie i dzieci.
Spojrzała na mnie z góry. Była zawsze taka silna, twarda jak skała. Ojciec odszedł od nas, gdy miałam dziesięć lat. Matka nigdy nie płakała przy mnie. Zawsze powtarzała: „Kobieta musi być silna. Na facetów nie ma co liczyć”.
– Dobrze – powiedziała w końcu. – Ale pamiętaj: to nie hotel.
Weszłam do pokoju z dziećmi – Hanią i Antkiem. Hania miała siedem lat i już rozumiała więcej, niż chciałam. Antek miał cztery i ciągle pytał o tatę.
– Mamo, kiedy tata wróci? – zapytał pierwszego wieczoru.
– Nie wiem, kochanie – odpowiedziałam, przytulając go mocno.
Matka słyszała wszystko zza ściany. Następnego dnia rano zaczęła swoje kazania:
– Dzieci muszą mieć ojca. Ty zawsze byłaś uparta, Zuzanna. Gdybyś słuchała mnie wcześniej…
– Mamo! – przerwałam jej ostro. – To nie moja wina!
– A czyja? Myślisz, że on by odszedł, gdybyś była lepszą żoną?
Zatkało mnie. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z mieszkania i nigdy nie wracać. Ale nie miałam dokąd pójść.
Przez kolejne tygodnie żyłyśmy jak dwie obce kobiety pod jednym dachem. Matka gotowała dla dzieci, ale dla mnie zostawiała tylko zimną zupę w garnku. Ja szukałam pracy i mieszkania, ale z dwójką dzieci nikt nie chciał wynająć mi kawalerki bez poręczyciela.
Wieczorami płakałam po cichu do poduszki. Dzieci spały obok mnie na rozkładanej kanapie. Czułam się jak dziecko we własnym domu.
Pewnego dnia Hania wróciła ze szkoły zapłakana.
– Mamo, dzieci mówią, że tata nas nie kocha…
Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
– To nieprawda! Tata was kocha… tylko…
Nie umiałam dokończyć zdania.
Matka weszła do pokoju bez pukania.
– Przestań ją okłamywać – powiedziała zimno. – Twój Piotrek już dawno o was zapomniał.
– Mamo! – krzyknęłam przez łzy. – Dlaczego jesteś taka okrutna?
– Bo życie jest okrutne! Lepiej niech się nauczy teraz niż później!
Wybiegłam z pokoju trzaskając drzwiami. W kuchni usiadłam przy stole i zaczęłam szlochać jak dziecko.
Po kilku minutach usłyszałam cichy głos za plecami:
– Zuzia…
To była moja matka. Po raz pierwszy od lat jej głos był miękki.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Ja… ja też się boję.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
– Czego się boisz?
– Że nie damy rady. Że znów cię zawiodę…
Nigdy wcześniej nie słyszałam jej takiej słabej.
Przez następne dni zaczęłyśmy rozmawiać inaczej. Nie było łatwo. Kłóciłyśmy się o wszystko: o to, co dzieci mają jeść na śniadanie, o to, czy powinnam szukać pracy w sklepie czy w biurze, o to, czy powinnam zadzwonić do Piotrka i prosić go o alimenty.
Pewnego wieczoru matka usiadła obok mnie na kanapie.
– Zuzia… ja wiem, że ci ciężko. Ale musisz walczyć o siebie. O dzieci też… ale najpierw o siebie.
Popatrzyłam na nią przez łzy.
– Nie umiem już walczyć…
– Umiesz – powiedziała stanowczo. – Jesteś moją córką.
Zaczęłam szukać pracy jeszcze intensywniej. W końcu dostałam etat w małym biurze rachunkowym na Pradze. Pieniądze były marne, ale wystarczyły na wynajem dwupokojowego mieszkania na Targówku.
Kiedy pakowałam rzeczy do kartonów, matka stała w drzwiach i patrzyła na mnie długo.
– Dasz sobie radę? – zapytała cicho.
– Muszę – odpowiedziałam.
Przytuliła mnie mocno po raz pierwszy od lat.
Dziś mieszkam sama z dziećmi. Piotrek widuje je raz w miesiącu, czasem rzadziej. Matka dzwoni codziennie i pyta: „Zjadły coś ciepłego?” albo „Nie jesteś chora?”.
Czasem myślę o tym wszystkim, co jej nigdy nie powiedziałam: jak bardzo jej potrzebowałam jako dziecko; jak bardzo bolały mnie jej słowa; jak bardzo się bałam być taka jak ona…
Ale czy potrafiłabym być silna bez niej?
Czy wy też macie w swoim życiu kogoś, komu nigdy nie powiedzieliście najważniejszych rzeczy?