Córka znalazła partnera i zupełnie przestała się ze mną kontaktować: Czy naprawdę można kochać za bardzo?
– Marta, czy ty w ogóle mnie jeszcze słyszysz? – mój głos odbijał się od pustych ścian mieszkania, a w słuchawce panowała cisza. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na zdjęcie z naszej ostatniej wspólnej wycieczki do Zakopanego. Marta miała wtedy dwadzieścia pięć lat, śmiała się, a ja czułam, że świat należy do nas. Teraz, gdy mam 62 lata, a ona trzydzieści sześć, czuję się, jakbym straciła nie tylko córkę, ale i część siebie.
Mój mąż, Andrzej, odszedł, gdy Marta miała zaledwie cztery lata. Zostałyśmy same. Przez lata powtarzałam: „Najważniejsze, że jesteśmy razem”. Byłyśmy jak dwie krople wody, dwie przyjaciółki, matka i córka, które rozumiały się bez słów. Każdy dzień zaczynałyśmy od wspólnej kawy, nawet gdy Marta już studiowała w Warszawie, dzwoniła do mnie rano, żebym mogła usłyszeć jej głos. Byłam dumna, że wychowałam ją sama, że dałam radę, choć nie raz płakałam w poduszkę, gdy nie starczało na rachunki.
Kiedy Marta poznała Pawła, wszystko się zmieniło. Na początku cieszyłam się jej szczęściem. Opowiadała mi o nim, pokazywała zdjęcia, a ja słuchałam z uśmiechem, choć w środku czułam ukłucie niepokoju. „Mamo, Paweł jest inny niż wszyscy” – mówiła. „On mnie rozumie, daje mi spokój”. Z czasem rozmowy stawały się coraz rzadsze. Zamiast codziennych telefonów – raz w tygodniu. Potem raz na dwa tygodnie. W końcu przestała odbierać, tłumacząc się brakiem czasu.
Pamiętam, jak pierwszy raz zaprosiła mnie do ich wspólnego mieszkania. Siedziałam na nowej kanapie, a Paweł patrzył na mnie z dystansem. „Marta, może mama chciałaby już wrócić do siebie?” – rzucił, gdy rozmowa zeszła na temat świąt. Poczułam się jak intruz. Marta nie zareagowała. Udawała, że nie słyszy. Wróciłam do domu i płakałam całą noc. Od tamtej pory widywałyśmy się coraz rzadziej.
Zaczęłam dzwonić częściej, zostawiałam wiadomości, wysyłałam zdjęcia, przepisy na ulubione ciasta Marty. Bez odpowiedzi. Czułam się coraz bardziej samotna. Sąsiadka, pani Zosia, mówiła: „Krystyno, dzieci muszą mieć swoje życie”. Ale jak mam żyć, kiedy moje życie było Martą? Czy to źle, że kochałam ją tak bardzo?
W święta Bożego Narodzenia czekałam na nią z barszczem i uszkami, jak co roku. Osiem godzin spędziłam w kuchni. Marta zadzwoniła o siedemnastej: „Mamo, nie damy rady przyjechać. Paweł źle się czuje”. Głos miała obcy, jakby rozmawiała z kimś przypadkowym. Zostałam sama przy stole, patrząc na puste krzesło. Wtedy pierwszy raz poczułam prawdziwą złość. Napisałam jej długą wiadomość, w której wyrzuciłam wszystko: że mnie zostawiła, że zapomniała, kim jestem, że Paweł ją ode mnie odciągnął. Nie odpisała.
Minęły dwa miesiące. W tym czasie nie odezwała się ani razu. Próbowałam zająć się czymś innym – zaczęłam chodzić na zajęcia z jogi, spotykać się z koleżankami z pracy. Ale każda rozmowa kończyła się na temacie Marty. „Może przesadzasz?” – pytała Basia. „Może Marta po prostu dorosła?”
Pewnego dnia, gdy wracałam z zakupów, zobaczyłam Martę na ulicy. Szła z Pawłem, śmiała się, wyglądała na szczęśliwą. Zatrzymałam się, serce waliło mi jak młot. Chciałam podejść, przytulić ją, zapytać, co u niej. Ale ona mnie nie zauważyła. Przeszła obok, jakby mnie nie było. Stałam tam jeszcze długo, czując, jak łzy spływają mi po policzkach.
Wieczorem zadzwoniłam do niej jeszcze raz. „Marta, proszę, odezwij się. Tęsknię za tobą”. Odpisała krótko: „Mamo, muszę mieć trochę przestrzeni. Proszę, zrozum”.
Przestrzeń. To słowo dźwięczało mi w głowie przez kolejne dni. Czy naprawdę byłam tak zaborcza? Czy to moja wina, że Marta się ode mnie odsunęła? Przypominałam sobie wszystkie chwile, kiedy ją przytulałam, kiedy mówiłam, że jest moim światem. Może powinnam była pozwolić jej dorosnąć wcześniej? Może nie powinnam była tak bardzo się angażować?
Którejś nocy nie mogłam spać. Wstałam, usiadłam przy stole i zaczęłam pisać list. „Marto, przepraszam, jeśli cię przytłoczyłam. Kocham cię, ale muszę nauczyć się żyć bez ciebie. Chcę, żebyś była szczęśliwa, nawet jeśli to oznacza, że nie będziesz już moją małą dziewczynką”.
Nie wiem, czy ten list kiedykolwiek wyślę. Może to ja muszę się zmienić, nauczyć się żyć dla siebie, a nie tylko dla Marty. Ale czy to w ogóle możliwe, kiedy przez całe życie kochało się kogoś bardziej niż siebie?
Czasem patrzę na stare zdjęcia i pytam siebie: czy można kochać za bardzo? Czy miłość matki naprawdę może być pułapką? Może wy też macie podobne doświadczenia? Jak sobie z tym radzicie? Czy naprawdę powinnam odpuścić i pozwolić jej odejść?