Cień, którego nie da się zrzucić: Historia Zuzanny

Wszystko zaczęło się w ten deszczowy wieczór, kiedy ojciec wrócił do domu później niż zwykle. Siedziałam skulona na schodach, słysząc przez drzwi kuchni jego ciężkie kroki i matkę, która nerwowo szurała krzesłem. „Znowu pada, Zuzanna,” powiedziała babcia, podając mi kubek gorącej herbaty. Ale ja nie słuchałam – próbowałam wyłapać każde słowo z rozmowy rodziców.

– Musimy to w końcu powiedzieć – wyszeptała matka. – Ona zasługuje na prawdę.

Ojciec odpowiedział tylko krótkim, zimnym: – Jeszcze nie teraz.

Miałam wtedy czternaście lat i od dawna czułam, że coś jest nie tak. W naszym domu na obrzeżach małego miasteczka pod Lublinem panowała cisza, która bolała bardziej niż krzyk. Ojciec był surowy i zamknięty w sobie, a matka coraz częściej płakała po nocach. Babcia próbowała łagodzić napięcia, ale nawet ona nie potrafiła rozproszyć tego ciężaru.

Pamiętam, jak pewnego dnia w szkole koleżanka zapytała mnie: „Dlaczego twój tata nigdy nie przychodzi na wywiadówki?” Skłamałam, że jest bardzo zajęty pracą w warsztacie samochodowym. Ale prawda była taka, że ojciec unikał wszelkich okazji, by być ze mną sam na sam. Nawet na rodzinnych zdjęciach zawsze stał z boku, jakby nie chciał być częścią tej układanki.

Najgorsze przyszło po śmierci babci. To ona była moją opoką – jedyną osobą, która potrafiła mnie przytulić bez powodu i powiedzieć: „Jesteś ważna”. Po jej pogrzebie dom stał się jeszcze zimniejszy. Matka zamknęła się w sobie, a ojciec zaczął coraz częściej znikać na całe noce.

Pewnego wieczoru znalazłam w szufladzie babci stary list. Był zaadresowany do mojej matki i podpisany przez kogoś o imieniu Andrzej. Drżącymi rękami przeczytałam:

„Kochana Marysiu,
Wiem, że to, co się stało tamtej nocy, nie powinno było się wydarzyć. Ale nie potrafię przestać o Tobie myśleć. Jeśli zdecydujesz się powiedzieć prawdę mężowi… Wiem, że to trudne. Ale Zuzanna zasługuje na to, by znać swoje pochodzenie. Andrzej.”

Serce mi zamarło. Przez chwilę nie mogłam oddychać. Czy to możliwe, że mój ojciec… nie jest moim ojcem? Że całe moje życie było jednym wielkim kłamstwem?

Z listem w dłoni zeszłam do kuchni. Matka siedziała przy stole z pustym wzrokiem utkwionym w okno.

– Mamo – zaczęłam cicho – kim jest Andrzej?

Zbladła. Jej dłonie zaczęły drżeć.

– Skąd masz ten list?

– Znalazłam go u babci. Proszę, powiedz mi prawdę.

Łzy popłynęły jej po policzkach.

– To był… jeden błąd. Jeden moment słabości. Twój ojciec… znaczy, ten który cię wychował… nigdy mi tego nie wybaczył.

– Więc Andrzej to mój prawdziwy ojciec?

Skinęła głową.

– On mieszka w Warszawie. Nigdy cię nie poznał. Twój tata kazał mi przysiąc, że nikt się o tym nie dowie.

Wybiegłam z domu, czując jak świat wali mi się na głowę. Przez całą noc błąkałam się po polach za domem, próbując zrozumieć kim jestem. Czy jestem córką zdrady? Czy moje istnienie to tylko skutek czyjejś namiętności?

Następne tygodnie były koszmarem. Ojciec dowiedział się o liście i wybuchł gniewem.

– Po co grzebiesz w przeszłości?! – krzyczał. – Nie rozumiesz, że niszczysz naszą rodzinę?

Matka płakała w kącie kuchni.

– Ona ma prawo wiedzieć! – broniła mnie.

– Nie! – wrzasnął ojciec. – Dla mnie ona nigdy nie będzie córką!

Te słowa bolały bardziej niż wszystko inne. Przestałam jeść, zamknęłam się w sobie. W szkole zaczęto plotkować – ktoś widział mnie płaczącą na przystanku autobusowym i wieść szybko się rozeszła.

Jedyną osobą, która próbowała mnie wesprzeć, była moja przyjaciółka Ola.

– Zuzka, nie możesz pozwolić im decydować o twoim życiu – mówiła stanowczo. – Może powinnaś poznać tego Andrzeja?

Bałam się tego spotkania jak ognia. Ale ciekawość była silniejsza niż strach. Napisałam do Andrzeja list – taki sam jak ten, który kiedyś napisał do mojej matki:

„Panie Andrzeju,
Nazywam się Zuzanna i chyba jestem Pańską córką…”

Odpowiedział szybko. Zaprosił mnie do Warszawy na spotkanie w kawiarni na Mokotowie.

Wsiadłam do pociągu z sercem w gardle. Całą drogę powtarzałam sobie: „Nie płacz, nie okazuj słabości”.

Andrzej okazał się zupełnie inny niż mój ojciec – ciepły, otwarty, trochę nieporadny.

– Przepraszam cię za wszystko – powiedział od razu. – Chciałem cię poznać od lat… Ale twoja mama bała się konsekwencji.

Rozmawialiśmy godzinami o wszystkim i o niczym. O jego życiu w Warszawie, o moich marzeniach o studiach psychologicznych, o tym jak bardzo brakowało mi ojcowskiej czułości.

Po powrocie do domu sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła. Ojciec wyrzucił mnie z domu na kilka dni.

– Skoro chcesz mieć nowego tatusia, to idź do niego! – wykrzyczał mi w twarz.

Spałam u Oli i jej rodziców. Matka dzwoniła codziennie z płaczem:

– Wróć do domu… On już ochłonął…

Ale ja już byłam inna. Silniejsza? Może bardziej zagubiona niż kiedykolwiek wcześniej.

Po kilku tygodniach wróciłam do domu tylko po rzeczy i zdjęcia babci. Ojciec nawet na mnie nie spojrzał.

Dziś mieszkam w Warszawie u Andrzeja i jego żony Ewy – kobiety ciepłej i serdecznej, która przyjęła mnie jak własną córkę. Studiuję psychologię i próbuję poukładać sobie życie na nowo.

Czasem myślę o tamtym domu pod Lublinem i zastanawiam się: czy można naprawdę uciec od własnej przeszłości? Czy kiedykolwiek przestanę czuć się winna za to, że po prostu istnieję?

A wy? Czy mieliście kiedyś poczucie, że wasze życie jest jednym wielkim kłamstwem? Jak poradziliście sobie z prawdą?