Babka, nie służąca: Moja walka o własne życie po sześćdziesiątce

– Mamo, przecież wiesz, że nie mam nikogo innego! – głos Kasi drżał od złości i rozczarowania. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który nagle wydał mi się cięższy niż zwykle. Za oknem padał deszcz, a ja czułam, jakby każda kropla uderzała prosto w moje serce.

– Kasiu, ja naprawdę nie mogę dziś zostać z dziećmi – odpowiedziałam cicho, choć w środku wrzałam. – Mam swoje plany. Chciałam pójść na spotkanie klubu książki, a potem do kina z Grażyną.

– Plany? – Kasia prychnęła. – Mamo, ty masz plany? Przecież ty jesteś na emeryturze! Co ci szkodzi raz jeszcze pomóc?

W tej chwili poczułam się jak dziecko przyłapane na czymś złym. Przez całe życie byłam tą „dobrą matką”, a od kilku lat – „dobrą babcią”. Zawsze gotowa, zawsze na zawołanie. Ale dziś… dziś coś we mnie pękło.

Kasia spojrzała na mnie z wyrzutem. – Nie rozumiem cię. Zawsze mogłam na ciebie liczyć. Co się zmieniło?

Chciałam jej powiedzieć wszystko: o samotnych wieczorach, kiedy wracałam do pustego mieszkania po całym dniu spędzonym z wnukami; o zmęczeniu, które nie mijało nawet po długim śnie; o marzeniach, które odkładałam na później, bo „rodzina jest najważniejsza”. Ale zamiast tego tylko westchnęłam.

– Kasiu, ja też mam prawo do swojego życia – wyszeptałam.

Odeszła bez słowa. Zostawiła mnie z poczuciem winy i pytaniami, które nie dawały mi spokoju.

Wieczorem zadzwoniła Grażyna.
– I co? Powiedziałaś jej?
– Tak… Ale czuję się okropnie. Jakbym ją zdradziła.
– Halina, przestań! Ile razy jeszcze pozwolisz się wykorzystywać? Masz prawo do własnych marzeń!

Zamilkłam. Grażyna miała rację, ale serce bolało mnie coraz bardziej. Przez kolejne dni Kasia nie dzwoniła. Nie pytała, jak się czuję. Nie zapraszała na kawę. Czułam się jak trędowata.

W końcu sama zadzwoniłam.
– Kasiu…
– Mamo, jestem zajęta. Muszę kończyć.

Odkładając słuchawkę, poczułam łzy pod powiekami. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że chcę czegoś więcej niż tylko gotowania obiadów i odbierania dzieci z przedszkola?

Zaczęłam wychodzić częściej z domu. Klub książki stał się moją odskocznią od codzienności. Poznałam tam ludzi takich jak ja – kobiety po sześćdziesiątce, które próbowały odnaleźć siebie na nowo. Z Grażyną chodziłyśmy do kina, na spacery po parku, a nawet zapisałyśmy się na kurs tańca.

Ale wciąż brakowało mi Kasi i wnuków. Każdy telefon wywoływał dreszcz nadziei, że może tym razem zadzwonią z pytaniem: „Jak się czujesz?”, a nie: „Możesz zostać z dziećmi?”

Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę, panią Zofię.
– Pani Halinko, widzę panią ostatnio taką promienną! – uśmiechnęła się ciepło.
– Staram się żyć swoim życiem – odpowiedziałam nieśmiało.
– I bardzo dobrze! Ja też kiedyś byłam tylko „babcią do wszystkiego”. Dopiero jak powiedziałam „dość”, zaczęli mnie szanować.

Te słowa dodały mi otuchy. Może to nie ja jestem winna? Może to świat oczekuje od nas kobiet za dużo?

Minęły tygodnie. W końcu Kasia przyszła do mnie sama. Miała podkrążone oczy i wyglądała na zmęczoną.
– Mamo… Przepraszam – wyszeptała. – Nie rozumiałam cię. Myślałam, że twoje życie to tylko my i dzieci…

Objęłam ją mocno.
– Kocham was nad życie, ale muszę też kochać siebie.

Usiadłyśmy razem przy stole. Rozmawiałyśmy długo – o tym, jak trudno jest być matką i córką jednocześnie; jak łatwo zapomnieć o sobie w natłoku obowiązków; jak bardzo potrzebujemy wzajemnego szacunku.

Od tamtej pory nasze relacje się zmieniły. Kasia częściej pytała mnie o zdanie, prosiła o pomoc tylko wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowała. Ja zaś nauczyłam się mówić „nie” bez poczucia winy.

Czasem patrzę w lustro i widzę kobietę zmęczoną życiem, ale też silną i odważną. Czy naprawdę musimy wybierać między rodziną a sobą? Czy można być dobrą babcią i jednocześnie mieć własne marzenia?

A wy? Czy kiedykolwiek musieliście zawalczyć o siebie w swojej rodzinie?