Wizyta u teściowej, która zmieniła wszystko: Odkryłam prawdę, która rozbiła naszą rodzinę

— Nie rozumiem, dlaczego znowu musimy tu przyjeżdżać — mruknęłam pod nosem, zamykając drzwi samochodu. Adam spojrzał na mnie z tym swoim łagodnym uśmiechem, który zawsze rozbrajał wszelkie moje pretensje.

— To tylko niedzielny obiad, Aniu. Mama się stara — powiedział spokojnie, jakby nie zauważał napięcia, które od lat wisiało między mną a jego matką.

Weszliśmy do mieszkania na trzecim piętrze starej kamienicy. Zapach pieczonego kurczaka wymieszał się z wonią lawendy i starego drewna. Teściowa, pani Halina, już czekała w fartuchu, z lekko spiętym uśmiechem.

— No wreszcie! Zimno się robi, a wy jak zwykle ostatni — rzuciła niby żartem, ale czułam w jej głosie znajome ukłucie ironii.

Adam od razu zniknął w pokoju dziecięcym, gdzie czekała na niego nasza córka Zosia. Ja zostałam sama z Haliną w kuchni. Zaczęłyśmy kroić warzywa. Cisza była gęsta jak śmietana.

— Aniu… — zaczęła nagle teściowa, nie patrząc mi w oczy. — Ty wiesz, że Adam zawsze był dobrym synem?

Przytaknęłam, choć nie wiedziałam, do czego zmierza.

— On… on bardzo się stara. Ale czasem mam wrażenie, że ty go nie doceniasz — dodała ciszej.

Poczułam, jak krew napływa mi do twarzy. Chciałam odpowiedzieć ostro, ale powstrzymałam się. Wzięłam głęboki oddech.

— Staram się jak mogę. Ale wie pani, życie pod jednym dachem z panią przez tyle lat… To nie jest łatwe — powiedziałam cicho.

Halina spojrzała na mnie przenikliwie. — To nie moja wina, że nie stać was na własne mieszkanie.

Zacisnęłam zęby. Od lat zbieraliśmy z Adamem na własne cztery kąty, ale ceny mieszkań rosły szybciej niż nasze oszczędności. Każda rozmowa o tym kończyła się kłótnią lub milczeniem.

Nagle usłyszałam dźwięk telefonu Haliny. Odebrała i wyszła do przedpokoju. Z kuchni słyszałam tylko urywki rozmowy:

— Tak, wszystko zgodnie z planem… Nie, ona nic nie wie…

Zamarłam. O czym ona mówi? Kto nic nie wie?

Gdy wróciła, udawała spokój. Ale ja już byłam czujna. Po obiedzie zaproponowałam, że pomogę jej posprzątać. Adam i Zosia bawili się w salonie.

W kuchni Halina zaczęła nerwowo wycierać blaty.

— Pani Halino… — zaczęłam ostrożnie — o czym pani rozmawiała przez telefon?

Zatrzymała się na chwilę i spojrzała mi prosto w oczy.

— To nie twoja sprawa, Aniu.

— Skoro dotyczy mojego życia, to chyba jednak jest — odpowiedziałam stanowczo.

Wtedy pękła. — Dobrze! Chcesz wiedzieć? Adam od roku ma inną kobietę! Myślisz, że nie wiem? Myślisz, że nie widzę tych jego późnych powrotów? Ale ja go rozumiem… Ty nigdy nie byłaś dla niego wystarczająco dobra!

Poczułam, jak świat mi się wali. Przez chwilę nie mogłam oddychać. W głowie dudniło mi tylko jedno zdanie: „Adam mnie zdradza”.

— Kłamie pani! — wykrztusiłam przez łzy.

Halina wzruszyła ramionami. — Zapytaj go sama.

Wyszłam z kuchni jak automat. Adam siedział na dywanie i układał puzzle z Zosią. Wyglądał tak zwyczajnie, tak niewinnie…

— Adam… Musimy porozmawiać — powiedziałam drżącym głosem.

Spojrzał na mnie zdziwiony. — Co się stało?

— Czy masz kogoś innego? — zapytałam prosto z mostu.

Zamarł. Przez chwilę widziałam w jego oczach strach. Potem spuścił wzrok.

— Aniu… To nie tak…

— Więc jak?! — krzyknęłam, ignorując obecność Zosi.

Adam podszedł do mnie i próbował złapać za rękę. Odsunęłam się.

— Poznałem kogoś… Ale to nic poważnego! Po prostu… Czułem się samotny. Ty ciągle narzekasz, mama cię drażni… Ja już nie wiem, co robić!

Zosia zaczęła płakać. Adam próbował ją uspokoić, ale ja stałam jak sparaliżowana.

Po powrocie do domu zamknęłam się w łazience i płakałam przez godzinę. Przez kolejne dni Adam próbował ze mną rozmawiać, tłumaczyć się, przepraszać. Halina dzwoniła codziennie i powtarzała: „Musisz mu wybaczyć dla dobra dziecka”.

Ale ja nie potrafiłam. Każda rozmowa kończyła się awanturą lub milczeniem. Czułam się zdradzona przez wszystkich: przez męża, przez teściową, nawet przez samą siebie — bo przez lata udawałam przed sobą, że wszystko jest dobrze.

Minęły tygodnie. Adam wyprowadził się do kolegi. Zosia pytała codziennie: „Kiedy tata wróci?” Nie umiałam jej odpowiedzieć.

Dziś siedzę przy kuchennym stole i patrzę na zdjęcie ślubne sprzed dziesięciu lat. Zastanawiam się: czy naprawdę można przeżyć całe życie z kimś i nigdy go nie poznać? Czy powinnam walczyć o rodzinę dla Zosi? A może czas zacząć żyć dla siebie?

Czy wy też kiedyś poczuliście się tak zdradzeni przez najbliższych? Co byście zrobili na moim miejscu?