„Sprowadziłaś nieszczęście na naszą rodzinę!” — historia, która złamała mi życie

— Znowu to zrobiłaś, Aniu! — głos matki przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, z mokrymi rękami, patrząc na rozbite jajko, które wyślizgnęło mi się z dłoni. Miałam wtedy dziewięć lat i już wiedziałam, że nawet najdrobniejszy błąd będzie miał swoje konsekwencje. — Sprowadziłaś nieszczęście na naszą rodzinę! — powtórzyła, a jej oczy płonęły gniewem, którego nigdy nie rozumiałam.

Od tamtej chwili te słowa stały się moim cieniem. Przylgnęły do mnie jak druga skóra, której nie mogłam z siebie zrzucić. W naszym domu w Radomiu nigdy nie było miejsca na czułość. Ojciec milczał, jakby nie istniał, a matka traktowała mnie jak obcą. Zawsze powtarzała, że gdyby nie ja, ich życie wyglądałoby inaczej. Że to przeze mnie ojciec stracił pracę, bo musiał brać wolne, gdy zachorowałam. Że to przeze mnie nie mogli pojechać na wakacje, bo miałam astmę i lekarz zabronił podróży. Nawet kiedy sąsiadka Basia złamała nogę na naszym podwórku, matka spojrzała na mnie z wyrzutem, jakbym to ja podłożyła jej nogę.

W szkole byłam cicha, niewidzialna. Nauczycielka od polskiego, pani Kowalska, czasem głaskała mnie po głowie i mówiła: „Aniu, masz piękną wyobraźnię”. To były jedyne chwile, kiedy czułam się kimś więcej niż tylko ciężarem. Ale w domu nie mogłam o tym mówić. Matka nie znosiła, gdy ktoś mnie chwalił. — Lepiej byś się uczyła sprzątać, a nie bujać w obłokach — rzucała z pogardą.

Najgorsze były święta. Wtedy cała rodzina zjeżdżała się do nas, a matka zamieniała się w aktorkę. Uśmiechała się, częstowała wszystkich sernikiem, a mnie sadzała w kącie, żebym nie przeszkadzała. Gdy ciocia Jola zapytała kiedyś, dlaczego jestem taka smutna, matka odpowiedziała: — Ania zawsze była trudnym dzieckiem. Zawsze coś się z nią działo. — Poczułam wtedy, jakby ktoś wyciął mi serce.

Kiedy miałam trzynaście lat, ojciec odszedł. Zostawił tylko kartkę: „Przepraszam, nie potrafię już tak żyć”. Matka przez tydzień nie odzywała się do mnie ani słowem. Potem przyszła do mojego pokoju, usiadła na łóżku i powiedziała: — To twoja wina. Gdybyś była inna, ojciec by nie odszedł. — Nie płakała. Patrzyła na mnie z chłodem, który zamroził mi duszę na lata.

Próbowałam się zmienić. Sprzątałam, gotowałam, przynosiłam najlepsze oceny. Ale to nigdy nie wystarczało. Zawsze znalazła powód, by mnie ukarać. Kiedy dostałam piątkę z matematyki, powiedziała: — Pewnie ściągałaś. — Gdy przyniosłam dyplom za konkurs recytatorski, rzuciła go do kosza. — To nie jest prawdziwa praca — stwierdziła.

W liceum poznałam Pawła. Był pierwszy, który patrzył na mnie jak na człowieka, a nie problem do rozwiązania. Zakochałam się w nim bez pamięci. Kiedy powiedziałam matce, że mam chłopaka, spojrzała na mnie z pogardą. — On i tak cię zostawi, jak wszyscy. — Miała rację. Paweł nie wytrzymał mojej niepewności, ciągłego poczucia winy, które nosiłam w sobie jak ciężki plecak. Odszedł po roku.

Po maturze wyjechałam do Warszawy na studia. Myślałam, że odległość uleczy moje rany. Ale matka dzwoniła codziennie, przypominając mi, że jestem sama, że nikt mnie nie chce, że nie dam sobie rady. — Zobaczysz, wrócisz na kolanach — powtarzała. Przez pierwsze miesiące płakałam po nocach, nie mogąc złapać oddechu. Bałam się, że miała rację.

Na drugim roku studiów poznałam Magdę. Była moim przeciwieństwem — pewna siebie, głośna, kochana przez rodziców. Kiedy opowiedziałam jej o swoim dzieciństwie, spojrzała na mnie z niedowierzaniem. — Aniu, to nie twoja wina. Twoja matka jest chora, a ty jesteś ofiarą. — Te słowa były jak plaster na ranę, ale nie potrafiłam w nie uwierzyć.

Po studiach wróciłam do Radomia tylko raz — na pogrzeb babci. Matka nie przywitała mnie nawet spojrzeniem. Stała przy trumnie, sztywna jak posąg. Po pogrzebie usiadłyśmy w kuchni. — Widzisz, przez ciebie nawet babcia nie doczekała spokojnej starości — powiedziała. — Wszystko przez ciebie. — Wtedy po raz pierwszy nie odpowiedziałam. Wstałam i wyszłam, zostawiając ją samą z jej żalem.

Dziś mam trzydzieści dwa lata. Mieszkam w Warszawie, mam pracę, przyjaciół, czasem nawet śmieję się z Magdą do łez. Ale w środku wciąż jestem tą małą dziewczynką, która boi się rozbić jajko. Czasem łapię się na tym, że powtarzam w myślach słowa matki. Że nie zasługuję na szczęście, że jestem ciężarem. Próbuję z tym walczyć, ale to trudniejsze niż mogłam sobie wyobrazić.

Ostatnio dostałam list od matki. Napisała, że jest chora, że potrzebuje pomocy. Nie wiem, co zrobić. Czy powinnam wrócić? Czy powinnam jej wybaczyć? Czy można wybaczyć komuś, kto nigdy nie potrafił kochać? A może czas w końcu pomyśleć o sobie i pozwolić sobie na szczęście? Czasem zastanawiam się, czy kiedykolwiek przestanę być tą dziewczynką z Radomia, która sprowadziła nieszczęście na swoją rodzinę. Czy to możliwe, żeby w końcu uwierzyć, że zasługuję na coś więcej?