Pod jednym dachem: Jak przeżyłam zdradę i chorobę

– Nie wierzę ci, Piotr! – mój głos drżał, a łzy napływały mi do oczu. Stałam w kuchni, opierając się o blat, próbując złapać oddech. Właśnie wróciłam z kolejnej wizyty u onkologa, a on… On nawet nie spojrzał mi w oczy. W powietrzu wisiała cisza, ciężka jak ołów.

– Aniu, to nie tak… – zaczął, ale nie dokończył. Znałam już te wymówki. Ostatnie tygodnie były dla mnie jak zły sen. Najpierw guz, potem biopsja, potem ta okrutna diagnoza: rak piersi. Miałam trzydzieści osiem lat i nagle wszystko się zmieniło. Strach o życie, strach o dzieci, strach o przyszłość. A teraz jeszcze to – zdrada.

Wiedziałam od kilku dni. Znalazłam wiadomości w jego telefonie, zdjęcia, których nie potrafiłby wytłumaczyć żadnym przypadkiem. Najgorsze było to, że nie miałam siły nawet krzyczeć. Czułam się pusta, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię.

– Dlaczego? – zapytałam cicho, patrząc na niego przez łzy. – Dlaczego akurat teraz?

Piotr spuścił głowę. – Nie wiem… Przepraszam. To był błąd.

Chciałam go nienawidzić, ale nie potrafiłam. Byliśmy razem od studiów, przeszliśmy przez tyle trudnych chwil – śmierć jego ojca, moje poronienie, kłopoty finansowe. Myślałam, że jesteśmy silni. Ale rak wszystko zmienił. Zamiast być moją podporą, Piotr uciekł w ramiona innej kobiety.

Przez kolejne dni żyliśmy pod jednym dachem jak obcy ludzie. Dzieci – Zosia i Kuba – niczego nie podejrzewały. Udawałam przed nimi, że wszystko jest w porządku, choć w środku byłam wrakiem człowieka. Chemia sprawiła, że wypadały mi włosy, byłam słaba i rozdrażniona. Piotr coraz częściej znikał z domu pod pretekstem pracy.

Pewnego wieczoru usiadłam na łóżku i spojrzałam w lustro. Nie poznawałam siebie – blada twarz, podkrążone oczy, chusta na głowie zamiast włosów. „Czy to jeszcze ja?” – pomyślałam gorzko.

Mama przyjeżdżała do mnie codziennie z zupą i dobrym słowem. – Aniu, musisz walczyć – powtarzała. – Dla dzieci, dla siebie.

Ale ja nie chciałam już walczyć. Chciałam tylko zniknąć.

Któregoś dnia Piotr wrócił wcześniej niż zwykle. Siedziałam na kanapie z Zosią na kolanach, czytałyśmy bajkę.

– Musimy porozmawiać – powiedział cicho.

Zosia spojrzała na mnie pytająco.

– Idź do swojego pokoju, kochanie – poprosiłam ją łagodnie.

Kiedy zostaliśmy sami, Piotr ukląkł przede mną i zaczął płakać.

– Przepraszam cię za wszystko… Nie wiem, co się ze mną stało. Bałem się twojej choroby… Bałem się, że cię stracę…

Patrzyłam na niego bez słowa. Chciałam mu wierzyć, ale coś we mnie pękło na zawsze.

– Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć – wyszeptałam.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Każdy dzień był walką – z chorobą, z bólem fizycznym i psychicznym, z własnymi myślami. Czasem miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu swoją rozpacz i bezsilność.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Magda – moja przyjaciółka ze szkoły średniej.

– Anka, musisz wyjść z domu! Spotkajmy się na kawę.

Nie miałam ochoty na ludzi, ale zgodziłam się. Siedziałyśmy w małej kawiarni na Mokotowie. Magda patrzyła na mnie uważnie.

– Wiesz co? Jesteś silniejsza niż myślisz – powiedziała nagle. – Przeszłaś już tyle… Nie pozwól mu cię złamać.

Te słowa coś we mnie obudziły. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam gniew zamiast rozpaczy.

Wróciłam do domu i spojrzałam Piotrowi prosto w oczy.

– Musimy ustalić zasady – powiedziałam stanowczo. – Potrzebuję czasu i przestrzeni. Jeśli chcesz tu być dla dzieci – w porządku. Ale ja muszę zadbać o siebie.

Zgodził się bez słowa sprzeciwu.

Zaczęłam chodzić na terapię onkologiczną i psychologiczną. Poznałam tam inne kobiety po przejściach podobnych do moich. Każda z nas miała swoją historię bólu i nadziei. Wspierałyśmy się nawzajem, dzieliłyśmy lęki i małe zwycięstwa.

Z czasem zaczęłam odzyskiwać siły fizyczne i psychiczne. Zaczęłam znów malować – coś, co kiedyś kochałam robić przed dziećmi i pracą. Farby i płótno stały się moją terapią.

Piotr próbował się zmienić – pomagał w domu, był bardziej obecny dla dzieci. Ale między nami pozostała przepaść.

Po roku leczenia usłyszałam od lekarza: „Remisja”. Płakałam ze szczęścia jak dziecko.

Wróciłam do domu i po raz pierwszy od dawna poczułam spokój.

Wieczorem usiedliśmy z Piotrem przy stole.

– Co dalej? – zapytał cicho.

Spojrzałam na niego długo.

– Nie wiem… Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu odebrać sobie poczucia własnej wartości.

Czasem zastanawiam się: czy można naprawdę wybaczyć zdradę? Czy można odbudować coś, co zostało tak bardzo zniszczone? Może najważniejsze jest to, żeby odnaleźć siebie na nowo – nawet jeśli oznacza to pójście własną drogą.