Od przyjaźni do wojny rodzinnej: Ślub, który rozdarł nas na strzępy
— Nie wierzę, że to naprawdę się dzieje — wyszeptałam, patrząc na Julię w białej sukni, stojącą w drzwiach kościoła. Moje serce biło jak oszalałe, a dłonie drżały. Obok mnie stała Marta, moja przyjaciółka od podstawówki, z oczami pełnymi łez. Przez lata żartowałyśmy, że nasze dzieci kiedyś się pobiorą. Teraz ten dzień nadszedł, a ja czułam tylko niepokój.
— Anka, wszystko będzie dobrze — szepnęła Marta, ściskając moją dłoń. Ale jej głos był pusty. Wiedziałyśmy obie, że coś jest nie tak.
Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Julia i Tomek wrócili z wakacji nad morzem i oznajmili nam, że są zaręczeni. Byłam szczęśliwa — przecież znałam Tomka od dziecka, traktowałam go jak własnego syna. Marta płakała ze wzruszenia. Przez kilka tygodni żyłyśmy w euforii: planowałyśmy wesele, wybierałyśmy salę, suknię, kwiaty. Nasze rodziny spotykały się co niedzielę na obiadach, śmiech rozbrzmiewał w całym domu.
Pierwsze rysy pojawiły się przy ustalaniu listy gości. — Anka, musimy zaprosić całą rodzinę z Poznania — powiedziała Marta stanowczo. — To przecież nasi bliscy.
— Ale sala pomieści tylko sto osób! — protestowałam. — Moja siostra z mężem i dziećmi też muszą być.
— To może ograniczmy znajomych? — zaproponowała Julia niepewnie.
— Nie wyobrażam sobie wesela bez cioci Krysi! — wybuchła Marta.
Zaczęły się kłótnie. Każda decyzja była polem bitwy: menu, muzyka, dekoracje. Tomek chciał DJ-a, Julia marzyła o zespole na żywo. Mój mąż, Piotr, upierał się przy tradycyjnych oczepinach, a ojciec Tomka uważał je za obciachowe.
Pewnego wieczoru usiedliśmy wszyscy razem przy stole. — Może powinniśmy dać dzieciom wolną rękę? — zaproponowałam ostrożnie.
— A kto za to płaci? — rzucił ojciec Tomka z przekąsem.
Zapadła cisza. Julia spuściła wzrok. Tomek zacisnął pięści.
Od tego dnia atmosfera gęstniała z każdym spotkaniem. Marta zaczęła unikać moich telefonów. Gdy w końcu odebrała, jej głos był zimny:
— Wiesz co, Anka? Może lepiej będzie, jak każdy zajmie się swoją stroną wesela.
Poczułam ukłucie żalu. Przecież miałyśmy być rodziną.
W dniu ślubu wszystko wyglądało idealnie tylko na zdjęciach. Goście siedzieli po dwóch stronach sali: moja rodzina po lewej, rodzina Tomka po prawej. Nikt nie chciał tańczyć razem. Julia płakała w łazience, a Tomek krzyczał na nią przed oczepinami:
— Twoja matka wszystko musi kontrolować! Nawet tort wybrała bez pytania!
— A twój ojciec traktuje mnie jak powietrze! — odparowała Julia przez łzy.
Patrzyłam na nich z rozpaczą. To miało być najpiękniejsze wydarzenie w naszym życiu. Zamiast tego czułam się jak na pogrzebie.
Po weselu nasze rodziny przestały się spotykać. Marta przestała do mnie pisać. Julia i Tomek wyjechali do Wrocławia i przez pół roku nie odezwali się ani do mnie, ani do rodziców Tomka.
W końcu zadzwoniła Julia:
— Mamo… Rozwodzimy się.
Zamarłam.
— Co się stało?
— Nie potrafimy już ze sobą rozmawiać. Wszystko nas dzieli. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek byliśmy naprawdę razem… czy tylko spełnialiśmy wasze marzenia.
Przez wiele nocy nie mogłam spać. Przewijałam w głowie każdą rozmowę z Martą, każde spojrzenie Julii podczas przygotowań do ślubu. Czy naprawdę tak bardzo chciałam mieć idealną rodzinę, że nie zauważyłam sygnałów ostrzegawczych?
Pewnego dnia spotkałam Martę w sklepie spożywczym. Stałyśmy naprzeciwko siebie przy półce z makaronami. Przez chwilę milczałyśmy.
— Myślisz… że jeszcze kiedyś będziemy mogły usiąść razem przy stole? — zapytałam cicho.
Marta spuściła wzrok.
— Nie wiem… Może kiedyś. Ale chyba za dużo zostało powiedziane.
Wyszłam ze sklepu z ciężkim sercem. Straciłam nie tylko córkę i zięcia, ale też najbliższą przyjaciółkę.
Dziś patrzę na stare zdjęcia Julii i Tomka z dzieciństwa i zastanawiam się: czy nasze marzenia mogą być dla naszych dzieci ciężarem nie do udźwignięcia? Czy można naprawić to, co zostało zniszczone przez dumę i brak rozmowy?
A może czasem trzeba pozwolić odejść temu, co wydawało się najważniejsze?