Nie powiedziałam mężowi, ile zarabiam – dziś jestem sama, ale wreszcie spokojna. Czy było warto?

– Ile ci przelewają w tej nowej pracy? – zapytał Paweł, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. Jego głos był obojętny, ale ja czułam w nim napięcie. Wiedziałam, że to pytanie padnie prędzej czy później. Od kilku tygodni pracowałam w dużej firmie konsultingowej w Warszawie i zarabiałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Więcej niż Paweł. I to właśnie ta świadomość zaczęła mnie przerażać.

Nie odpowiedziałam od razu. Udawałam, że nie słyszę, zajęta wyciąganiem naczyń ze zmywarki. W głowie miałam mętlik – czy powiedzieć prawdę i ryzykować kolejną kłótnię? Czy może lepiej przemilczeć i zachować spokój w domu?

Paweł powtórzył pytanie, tym razem głośniej:
– Słyszysz mnie? Ile zarabiasz?

– Nie wiem dokładnie, zależy od premii – rzuciłam wymijająco.

Wiedziałam, że to go nie zadowoli. Od miesięcy czułam, jak między nami narasta dystans. Kiedyś byliśmy partnerami – razem planowaliśmy wydatki, wspólnie decydowaliśmy o wszystkim. Ale odkąd Paweł stracił pracę w banku i zatrudnił się jako kierowca w Uberze, coś się zmieniło. Był coraz bardziej drażliwy na punkcie pieniędzy, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że wolę milczeć niż wywoływać burzę.

Wieczorami siedziałam sama w sypialni, przeglądając wyciągi z konta. Czułam się winna, że ukrywam przed nim prawdę, ale jednocześnie bałam się jego reakcji. Pamiętałam tamten wieczór, kiedy przypadkiem zobaczył mój przelew z premii świątecznej.

– To ile ty właściwie zarabiasz? – zapytał wtedy z niedowierzaniem.
– Trochę więcej niż ty…
– Trochę? To jest dwa razy więcej! – krzyknął. – I co, myślisz, że teraz jesteś lepsza?

Od tamtej pory unikałam tematu pieniędzy jak ognia. Zaczęłam odkładać część wypłaty na osobne konto. Nie chciałam się chwalić nowymi ubraniami czy kosmetykami. Każdy większy wydatek tłumaczyłam promocją albo prezentem od koleżanki z pracy.

W pracy byłam doceniana – szefowa chwaliła mnie za zaangażowanie, koleżanki prosiły o radę. Czułam się tam kimś ważnym. Ale w domu… W domu byłam coraz bardziej niewidzialna. Paweł zamykał się w sobie, coraz częściej wychodził wieczorami pod pretekstem dodatkowych kursów. Przestaliśmy rozmawiać o marzeniach, planach na przyszłość. Nawet wspólne obiady zamieniły się w milczące posiłki przy telewizorze.

Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Zastałam Pawła siedzącego przy stole z jego matką, panią Heleną. Szeptali coś do siebie, a kiedy weszłam do kuchni, oboje zamilkli.

– O, już jesteś – powiedziała teściowa chłodno. – Paweł mówił mi, że teraz to ty utrzymujesz dom.

Zamarłam. Czułam na sobie jej spojrzenie pełne dezaprobaty.

– To chyba dobrze, że sobie radzimy – odpowiedziałam cicho.

– Dobrze? – prychnęła pani Helena. – Mężczyzna powinien być głową rodziny! A ty…

Nie dokończyła. Wyszła trzaskając drzwiami. Paweł patrzył na mnie z wyrzutem.

– Musiałaś jej wszystko opowiadać? – zapytałam z żalem.
– Ona ma rację – mruknął. – To nie jest normalne.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słuchając jego ciężkiego oddechu obok siebie. Czułam się winna i upokorzona jednocześnie. Czy naprawdę zrobiłam coś złego?

Z czasem zaczęliśmy się coraz bardziej oddalać. Paweł był coraz bardziej zgorzkniały, coraz częściej wypominał mi pieniądze.

– Może znajdziesz sobie kogoś bogatszego? – rzucił kiedyś z przekąsem.
– Przestań…
– No co? Przecież i tak wszystko ukrywasz przede mną!

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o rozstaniu. Ale bałam się samotności. Bałam się opinii rodziny i znajomych. Bałam się tego, co będzie dalej.

Któregoś dnia wróciłam do pustego mieszkania. Na stole leżała kartka: „Nie potrafię tak żyć”. Paweł wyprowadził się do matki.

Przez pierwsze dni czułam ulgę i strach jednocześnie. Ulgę, bo nie musiałam już udawać i tłumaczyć się z każdej złotówki. Strach – bo zostałam sama z własnymi myślami i poczuciem winy.

Rodzina Pawła przestała się do mnie odzywać. Moja mama powtarzała: „Może powinnaś była być bardziej szczera?”. Koleżanki mówiły: „Dobrze zrobiłaś! Nie musisz nikomu się tłumaczyć”.

A ja? Ja po raz pierwszy od dawna poczułam spokój. Zaczęłam chodzić na jogę, spotykać się z przyjaciółkami, planować wakacje bez oglądania się na kogoś innego. Ale wieczorami nadal wracało pytanie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy gdybym była bardziej otwarta wobec Pawła, nasze małżeństwo by przetrwało?

Czasem patrzę na swoje odbicie w lustrze i pytam samą siebie: czy spokój ducha jest wart samotności? Czy szczerość zawsze prowadzi do szczęścia? Co wy byście zrobili na moim miejscu?