Mój mąż porównuje mnie do żony swojego przyjaciela – czy naprawdę nie widzi różnicy między naszymi rodzinami?

– Znowu schabowe? – Michał rzucił talerz na stół z takim impetem, że aż podskoczyłam. – Wiesz, u Pawła w domu codziennie jest coś innego. Magda potrafi zrobić nawet trzydaniowy obiad, a ty…

Zamarłam z łyżką w ręku. W głowie dudniło mi od jego słów. To nie pierwszy raz, kiedy słyszałam porównania do Magdy – żony jego najlepszego przyjaciela. Magda jest mistrzynią kuchni, to prawda. Ale czy naprawdę muszę być taka jak ona?

– Michał, ja pracuję na pełen etat, wracam do domu po siedemnastej, odbieram dzieci z przedszkola, robię zakupy, ogarniam pranie… – zaczęłam tłumaczyć, ale on już nie słuchał. Patrzył w telefon, pewnie przeglądał zdjęcia tych wszystkich wymyślnych dań, które Magda wrzuca na Instagram.

Czułam, jak narasta we mnie złość i bezsilność. Przecież nie jestem leniwa. Staram się jak mogę. Ale on widzi tylko to, czego mu brakuje. Nie widzi mnie.

Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Cicho, żeby nie usłyszał. W głowie miałam obraz Magdy – uśmiechniętej, zadbanej, z fartuszkiem w kwiatki. Ona naprawdę lubi gotować. Jest teraz na urlopie macierzyńskim, ma czas na eksperymenty w kuchni. Ja? Ja ledwo znajduję chwilę dla siebie między pracą a domem.

Następnego dnia w pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka z biura, Ania, zauważyła moje podkrążone oczy.

– Wszystko w porządku? – zapytała z troską.

– Michał znowu mnie porównuje do Magdy… – wyrzuciłam z siebie jednym tchem.

Ania westchnęła.

– U nas było podobnie. Mój Bartek ciągle mówił o swojej mamie i jej pierogach. Dopóki nie postawiłam sprawy jasno: albo docenia to, co robię, albo niech sam sobie gotuje.

Zazdrościłam jej tej odwagi. Ja zawsze bałam się konfrontacji. Zawsze chciałam być tą dobrą żoną, która wszystko znosi i wszystko ogarnia.

Wieczorem postanowiłam porozmawiać z Michałem. Dzieci bawiły się w swoim pokoju, a ja nalałam nam po lampce wina.

– Michał… musimy pogadać – zaczęłam niepewnie.

Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.

– O co chodzi?

– O te twoje porównania do Magdy. Wiesz, że ona jest teraz na urlopie macierzyńskim? Ma czas na gotowanie. Ja pracuję, zajmuję się domem i dziećmi… Nie mam siły wymyślać codziennie nowych dań.

Wzruszył ramionami.

– Ale przecież możesz się bardziej postarać. Magda też ma dziecko.

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.

– Michał! Ty naprawdę nie rozumiesz? Ona ma jedno niemowlę i męża, który wraca późno z pracy. Ja mam dwójkę dzieci w wieku przedszkolnym i ciebie, który wracasz głodny i niezadowolony! – głos mi się załamał.

Przez chwilę milczał. W końcu powiedział cicho:

– Może przesadzam… Ale chciałbym czasem poczuć się jak u Pawła. Tam zawsze pachnie świeżym ciastem…

Nie wiedziałam już, co powiedzieć. Czy naprawdę dom to tylko zapach ciasta i trzydaniowy obiad?

Kilka dni później spotkałam Magdę na placu zabaw. Była zmęczona i blada.

– Słyszałam od Michała, że jesteś mistrzynią kuchni – zagadnęłam z wymuszonym uśmiechem.

Zaśmiała się gorzko.

– Mistrzynią? Chyba tylko na Instagramie… Wiesz, ile razy płakałam nad garnkiem? Paweł oczekuje ode mnie cudów, bo jego mama zawsze gotowała wykwintnie. A ja czasem mam ochotę rzucić tym wszystkim i zamówić pizzę.

Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Poczułam ulgę – nie tylko ja mam dość tych oczekiwań.

Wieczorem Michał wrócił do domu później niż zwykle. Zrobiłam makaron z pesto – szybko i prosto. Usiadł do stołu bez słowa.

– Dzisiaj tylko makaron? – mruknął pod nosem.

Nie wytrzymałam.

– Jeśli ci nie pasuje, możesz sam sobie ugotować! – wybuchłam. – Mam dość tych porównań! Nie jestem Magdą! Nie jestem twoją mamą! Jestem sobą i robię wszystko najlepiej jak potrafię!

Zamilkł zaskoczony moją reakcją. Przez chwilę myślałam, że wyjdzie z domu. Ale zamiast tego podszedł do mnie i objął mnie mocno.

– Przepraszam… Nie wiedziałem, że aż tak cię to boli – wyszeptał.

Poczułam łzy napływające do oczu. Może pierwszy raz od dawna poczuł, że jestem człowiekiem z krwi i kości, a nie tylko kucharką i sprzątaczką?

Od tamtej pory staramy się rozmawiać częściej o naszych potrzebach i oczekiwaniach. Michał zaczął pomagać mi w kuchni – czasem razem gotujemy coś nowego, czasem zamawiamy pizzę i śmiejemy się z własnych niedoskonałości.

Ale wciąż zastanawiam się: dlaczego tak łatwo przychodzi nam porównywanie się do innych? Czy naprawdę szczęście rodzinne mierzy się ilością dań na stole? A może powinniśmy nauczyć się doceniać to, co mamy – siebie nawzajem?