Kiedy miłość umiera w ciszy: Historia Kasi

— Kasia, musimy porozmawiać — głos Wojtka rozbrzmiał w przedpokoju, kiedy jeszcze poprawiałam sukienkę przed lustrem. Biała, kupiona za grosze na wyprzedaży w pośpiechu, wydawała się teraz zbyt prosta. Koronki, które tak starannie wybierałam – choć i tak nie przyjrzałam im się dokładnie – wyglądały teraz trochę tandetnie. „Niech tam – pomyślałam – byle tylko Wojtkowi się podobała.” Westchnęłam. W tej sukience wyjdę dziś na kolację z mężem, może wreszcie porozmawiamy szczerze, może uda się naprawić to, co od miesięcy między nami pękało.

Ale kiedy zeszłam do salonu, zobaczyłam ją. Stała obok niego, z uśmiechem, który miał być uprzejmy, ale dla mnie był jak policzek. Miała na sobie czerwony sweter i dżinsy – wyglądała pewnie, swobodnie, jakby była tu od zawsze. Wojtek spojrzał na mnie z czymś na kształt współczucia w oczach. — Kasiu, to jest Marta — powiedział cicho. — Chciałem, żebyś ją poznała.

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W głowie dudniło mi tylko jedno pytanie: „Dlaczego?”

— Co to ma znaczyć? — wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu. — Wojtek…

Marta zrobiła krok w moją stronę. — Kasiu, wiem, że to trudne…

— Nie mów do mnie! — przerwałam jej ostro. — To mój dom! To mój mąż!

Wojtek spuścił wzrok. — Kasia… Ja… My już od dawna nie jesteśmy szczęśliwi. Próbowałem… Próbowałem ratować nasze małżeństwo, ale…

— Ale co? — przerwałam mu, głos mi drżał. — Zamiast rozmawiać ze mną, przyprowadzasz tu… ją?

Marta cofnęła się o krok. Widziałam, że jest jej niezręcznie, ale nie obchodziło mnie to. Czułam się upokorzona, zdradzona i bezradna.

— Chciałem być uczciwy — powiedział Wojtek cicho. — Nie chcę już dłużej żyć w kłamstwie.

Zacisnęłam pięści na materiale sukienki. Przez chwilę miałam ochotę rzucić się na Martę, wyrzucić ją za drzwi. Ale wiedziałam, że to nic nie zmieni. Wojtek już podjął decyzję.

— Wyjdźcie stąd — powiedziałam zimno. — Oboje.

Nie pamiętam dokładnie, jak długo stałam potem w pustym salonie. Może godzinę, może dwie. W końcu usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Nie tak miało wyglądać moje życie. Nie tak miało się to wszystko skończyć.

Przez następne dni unikałam ludzi. Mama dzwoniła codziennie, ale nie odbierałam. Bałam się jej pytań, jej współczucia. Bałam się też tego, co powie tata – on nigdy nie lubił Wojtka i pewnie teraz poczuje satysfakcję.

W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku. Koleżanki pytały o Wojtka, o nasze plany na wakacje – uśmiechałam się sztucznie i mówiłam coś o remoncie mieszkania. Wieczorami wracałam do pustego domu i patrzyłam na białą sukienkę wiszącą na drzwiach szafy.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Marta.

— Kasiu… Proszę, wysłuchaj mnie.

Chciałam rzucić słuchawką, ale coś mnie powstrzymało.

— Czego chcesz? — zapytałam chłodno.

— Nie chciałam cię skrzywdzić… Poznałam Wojtka przypadkiem… On mówił, że jesteście już tylko formalnie razem…

— To nie twoja sprawa — przerwałam jej. — To moje życie.

— Wiem… Ale chciałabym cię przeprosić.

Nie odpowiedziałam nic więcej. Rozłączyłam się i długo patrzyłam w okno. Czy Marta naprawdę była winna? Czy to tylko Wojtek szukał pretekstu do odejścia?

Wieczorem zadzwoniła mama.

— Kasiu, musisz przyjechać na niedzielny obiad. Tata się martwi.

Nie miałam siły tłumaczyć jej wszystkiego przez telefon. Pojechałam do rodziców z ciężkim sercem. Tata siedział przy stole z gazetą i nawet nie podniósł wzroku, kiedy weszłam.

— No i co? — rzucił tylko sucho.

Mama spojrzała na mnie z troską.

— Kasiu… Co się stało?

Zaczęłam płakać. Opowiedziałam im wszystko – o Marcie, o tym wieczorze, o białej sukience i o tym, jak bardzo czuję się samotna.

Tata milczał przez dłuższą chwilę.

— Wiedziałem, że ten Wojtek to nie jest facet dla ciebie — powiedział w końcu gorzko.

Mama objęła mnie ramieniem.

— Dasz sobie radę, córeczko. Jesteś silniejsza niż myślisz.

Ale ja nie czułam się silna. Każdego dnia budziłam się z nadzieją, że to był tylko zły sen. Każdego dnia musiałam uczyć się żyć od nowa – bez Wojtka, bez planów na wspólną przyszłość.

Po kilku tygodniach Wojtek przyszedł po swoje rzeczy. Stał w progu z kartonem w rękach i patrzył na mnie z żalem.

— Przepraszam, Kasiu… Naprawdę chciałem inaczej…

Nie odpowiedziałam mu nic. Patrzyłam tylko, jak wynosi swoje ubrania, książki i zdjęcia ze wspólnych wakacji znad morza.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Wiedziałam już, że muszę zacząć wszystko od nowa.

Czasem zastanawiam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy powinnam była wcześniej zauważyć sygnały? Czy można jeszcze zaufać komuś po takim upokorzeniu?

Może każdy z nas nosi w sobie jakąś białą sukienkę – symbol nadziei i rozczarowania jednocześnie? Czy da się jeszcze uwierzyć w miłość po zdradzie?