Kiedy mama dzwoni o świcie – Moja walka o własne życie między miłością a kontrolą
– Znowu dzwoni – szepnęłam do siebie, patrząc na migający ekran telefonu. 5:13 rano. „Mama Piotra”. Zawsze tak samo: dzwoniła o świcie, jakby chciała mnie złapać nieprzygotowaną, bezbronną. Piotr spał obok, oddychając spokojnie, zupełnie nieświadomy tego, jak bardzo jego matka potrafiła zburzyć mój spokój jednym telefonem.
Odebrałam. – Halo? – mój głos był cichy, drżący.
– Aniu, czy ty wiesz, że Piotr nie zjadł wczoraj obiadu? – głos pani Grażyny był ostry jak brzytwa. – On zawsze po pracy jadł rosół! Co ty mu gotujesz?
Zacisnęłam powieki. To nie był pierwszy raz. Od początku naszego związku czułam, że jestem na egzaminie, który nigdy się nie kończy. Pani Grażyna była wszędzie: w naszej kuchni, w naszej sypialni, nawet w moich myślach. Kiedy Piotr mnie oświadczył, myślałam naiwnie, że teraz będziemy rodziną – ja i on. Nie przewidziałam tylko, że jego mama będzie trzecią osobą w naszym małżeństwie.
Wszystko zaczęło się niewinnie. „Pomogę wam z mieszkaniem”, mówiła. „Przyniosę wam trochę jedzenia”, powtarzała co tydzień, zostawiając w lodówce słoiki z bigosem i pierogami. Ale potem zaczęły się pytania: dlaczego nie prasuję Piotrowi koszul? Czemu nie mamy jeszcze dziecka? Czy wiem, jak się robi prawdziwy żurek?
Piotr zawsze stawał po jej stronie. – Mama tylko się troszczy – tłumaczył. – Nie przesadzaj.
Ale ja czułam się coraz bardziej osaczona. Każda rozmowa z nią była jak przesłuchanie. Każda wizyta kończyła się łzami. Próbowałam rozmawiać z Piotrem.
– Kochanie, musisz jej coś powiedzieć. Nie mogę tak żyć.
– Aniu, ona jest sama odkąd tata odszedł. Nie bądź dla niej taka surowa.
A ja czułam się coraz bardziej samotna w tym związku. Nawet moja mama zauważyła zmianę.
– Dziecko, ty już nie jesteś sobą – powiedziała mi pewnego dnia podczas kawy. – Gdzie się podziała ta radosna Ania?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo prawda była taka, że sama siebie już nie poznawałam. Zaczęłam unikać spotkań z przyjaciółmi, bo bałam się pytań o nasze życie rodzinne. W pracy byłam rozkojarzona, wiecznie zmęczona.
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej i usłyszałam rozmowę Piotra z mamą przez telefon.
– Mamo, Ania się stara… Tak, wiem… Ale ona nie jest tobą…
Zamarłam w przedpokoju. Usłyszałam jeszcze:
– Może rzeczywiście powinniśmy zrobić sobie przerwę…
Serce mi zamarło. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z mieszkania i nigdy nie wracać. Ale zostałam. Wieczorem zapytałam Piotra wprost:
– Chcesz przerwy?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Skąd wiesz?
– Słyszałam waszą rozmowę.
Milczał długo.
– Może rzeczywiście… Może to wszystko za szybko…
Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą złość. – Za szybko? To twoja mama decyduje o naszym życiu! Ja już nie mam siły!
Piotr spuścił wzrok.
Następne dni były jak koszmar. Pani Grażyna dzwoniła częściej niż zwykle. Przychodziła bez zapowiedzi, przynosiła ciasta i robiła porządki w naszej szafie. Czułam się jak intruz we własnym domu.
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Spakowałam walizkę i pojechałam do mamy.
– Dziecko, musisz wybrać siebie – powiedziała mi cicho.
Przez tydzień płakałam codziennie. Piotr dzwonił, pisał smsy: „Wróć”. Ale ja już wiedziałam, że jeśli wrócę, nic się nie zmieni.
Po dwóch tygodniach spotkaliśmy się w kawiarni na neutralnym gruncie.
– Kocham cię – powiedział cicho Piotr. – Ale nie potrafię postawić się mamie.
Patrzyłam na niego długo. Widziałam w jego oczach smutek i bezradność.
– Ja też cię kocham – odpowiedziałam – ale muszę wybrać siebie.
Rozstaliśmy się tego dnia bez krzyku, bez łez. Po prostu wiedzieliśmy oboje, że nie damy rady wygrać z kimś trzecim w naszym związku.
Dziś minął rok od tamtych wydarzeń. Wciąż budzę się czasem nad ranem i przez chwilę myślę, że zaraz zadzwoni telefon. Ale już nie boję się odebrać.
Czasem zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy miłość naprawdę wystarczy, gdy ktoś inny trzyma ster twojego życia? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?