Chłodne powitanie: jak marzenia o rodzinnym biesiadowaniu zderzyły się z obojętnością teściów
– Kasia, nie przesadzaj, na pewno cię polubią – Marek próbował mnie uspokoić, kiedy pakowaliśmy walizki do bagażnika. Ale ja już wtedy czułam niepokój. Może to przez to, jak opowiadał o swoich rodzicach – Janie i Halinie – zawsze z dystansem, bez czułości w głosie. A może po prostu za bardzo chciałam, żeby wszystko było idealnie.
Wyjazd do małego miasteczka pod Krakowem miał być spełnieniem moich marzeń o prawdziwej rodzinie. Wychowałam się tylko z mamą, ojca nie znałam. Zawsze zazdrościłam koleżankom tych wielkich rodzinnych spotkań, śmiechu przy stole, zapachu domowego jedzenia. Teraz miałam to dostać – przynajmniej tak mi się wydawało.
Dojechaliśmy późnym popołudniem. Dom teściów był zadbany, z ogródkiem pełnym róż i starym grillem pod jabłonią. Marek zadzwonił do drzwi. Otworzyła Halina – wysoka, szczupła kobieta o surowym spojrzeniu. Jan stał za nią, milczący, z rękami w kieszeniach.
– Dzień dobry – powiedziałam z uśmiechem, wyciągając rękę.
Halina skinęła głową i odsunęła się na bok.
– Marek, pomóż ojcu z walizkami – rzuciła chłodno. Nawet nie spojrzała na mnie.
Weszłam do środka. W powietrzu unosił się zapach cebuli i smażonego mięsa, ale nie było w nim nic ciepłego. Kuchnia lśniła czystością, stół był nakryty na cztery osoby, ale bez żadnych ozdób czy kwiatów. Halina krzątała się przy garnkach, nie odzywając się ani słowem.
– Może w czymś pomóc? – zapytałam nieśmiało.
– Poradzę sobie – odpowiedziała krótko.
Marek wrócił z ojcem. Przez chwilę rozmawiali o samochodzie, pogodzie i sąsiadach. Ja stałam jak intruz we własnym domu. Czułam, jak narasta we mnie napięcie.
Kolacja była formalna. Jan pytał Marka o pracę, Halina rzucała krótkie uwagi o ogrodzie i zakupach. Nikt nie zapytał mnie o nic. Próbowałam włączyć się do rozmowy:
– Słyszałam, że w waszym miasteczku jest piękny park…
Halina spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.
– Jest. Ale teraz dużo komarów – ucięła temat.
Marek próbował ratować sytuację:
– Kasiu bardzo lubi spacery. Może jutro pójdziemy razem?
Jan wzruszył ramionami:
– Zobaczymy, czy będzie czas.
Po kolacji Halina zaczęła sprzątać stół. Chciałam pomóc, ale znów usłyszałam: „Nie trzeba”. Poszłam więc do pokoju gościnnego i usiadłam na łóżku. Łzy napływały mi do oczu. To miał być mój pierwszy prawdziwy rodzinny weekend…
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam przez cienką ścianę rozmowy Marka z rodzicami. Ich głosy były stłumione, ale wyczuwałam napięcie.
Rano obudził mnie zapach kawy. Zeszłam na dół – Halina już była w kuchni.
– Dzień dobry – powiedziałam cicho.
– Dzień dobry – odpowiedziała bez uśmiechu.
Marek pojawił się chwilę później.
– Może pójdziemy na spacer? – zaproponował.
Halina spojrzała na niego ostro:
– Najpierw trzeba pomóc ojcu w ogrodzie.
Marek westchnął i wyszedł na dwór. Zostałam sama z Haliną. Próbowałam zagaić rozmowę:
– Pani Halino, chciałam podziękować za gościnę…
Przerwała mi:
– Nie trzeba dziękować. To normalne.
Zamilkłam. Czułam się coraz gorzej. W końcu zebrałam się na odwagę:
– Czy coś zrobiłam nie tak?
Halina spojrzała na mnie długo.
– Jesteś żoną Marka. To wystarczy – powiedziała cicho i wyszła z kuchni.
Po południu miał być grill. Wyobrażałam sobie śmiech, rozmowy, wspólne przygotowywanie jedzenia. Tymczasem Jan rozpalił grilla sam, Marek pomagał mu milcząco, a Halina siedziała na tarasie z gazetą. Ja próbowałam zagadywać:
– Może podać talerze? Przynieść napoje?
– Poradzimy sobie – znów usłyszałam.
W końcu usiedliśmy przy stole w ogrodzie. Jedzenie było smaczne, ale atmosfera gęsta jak śmietana. Każdy jadł w milczeniu. Tylko Marek próbował żartować:
– Kasiu, pamiętasz naszą pierwszą randkę nad Wisłą?
Uśmiechnęłam się blado.
Jan spojrzał na mnie chłodno:
– Marek mówił, że jesteś z miasta?
– Tak, z Krakowa – odpowiedziałam.
– Miasto to nie to samo co wieś – mruknął Jan.
Poczułam ukłucie w sercu. Czy naprawdę jestem tu obca? Czy zawsze będę tylko „tą z miasta”?
Wieczorem Marek próbował mnie pocieszyć:
– Oni są tacy dla wszystkich… Nie bierz tego do siebie.
Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym chłodzie, tej obojętności. Przecież chciałam tylko być częścią rodziny…
Ostatniego dnia przed wyjazdem zebrałam się na odwagę i podeszłam do Haliny:
– Chciałabym spróbować jeszcze raz… Może następnym razem moglibyśmy razem coś ugotować?
Halina spojrzała na mnie przez chwilę i skinęła głową:
– Zobaczymy.
W drodze powrotnej płakałam cicho w samochodzie. Marek trzymał mnie za rękę, ale wiedziałam, że tej przepaści nie da się łatwo zasypać.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę można zbudować rodzinę tam, gdzie od początku brakuje ciepła? Czy warto walczyć o bliskość za wszelką cenę? Może są rzeczy, których nigdy nie da się zmienić…