Udawałam dziewczynę faceta, przed którym ostrzegało mnie pół miasta. Zniknął, zanim zdążyłam zdecydować, czy to była miłość
– Ty już naprawdę upadłaś tak nisko? – moja matka stała w progu kuchni z rękami założonymi na piersi. – Z kim ty się pokazujesz po mieście, Marta? Z Pawłem Kanią? Serio?
Nie odpowiedziałam od razu. Tylko mieszałam herbatę, chociaż dawno przestałam być słodka. Łyżeczka obijała się o szklankę jak jakaś głupia sygnalizacja alarmowa. Miałam 34 lata, wynajmowałam z synem dwupokojowe mieszkanie w bloku, robiłam na recepcji w prywatnej przychodni na pół etatu i na zleceniu, a własna matka dalej mówiła do mnie tonem, jakbym miała piętnaście.
– To nie jest tak, jak myślisz.
– A jak? – prychnęła. – Całe życie trzeba cię wyciągać z czegoś.
Najgorsze było to, że ona nawet nie wiedziała połowy.
Poznałam Pawła przypadkiem, w tej przychodni. Przyszedł z matką, panią Krystyną, już wtedy bardzo słabą. Chuda, szara twarz, oczy ogromne i czujne. Hospicjum domowe było załatwiane przez NFZ, ale wiadomo, papierologia, telefony, czekanie. Paweł nie wyglądał jak ktoś, kto umie prosić. Raczej jak ktoś, kto bierze, co chce. Łysa głowa, tatuaż przy szyi, spojrzenie, przez które ludzie milkli.
W naszym mieście każdy coś o nim słyszał. Że siedział. Że ściągał długi. Że zadawał się z ludźmi, z którymi lepiej nie mieć nic wspólnego. Ja też słyszałam.
Tydzień później czekał na mnie pod blokiem.
– Nie bój się, nic ci nie zrobię – powiedział i od razu mnie tym wkurzył.
– To słaby tekst na początek.
Prawie się uśmiechnął. Prawie.
Powiedział, że jego matka umiera i ma jedną obsesję. Chce zobaczyć, że on nie jest sam, że ktoś przy nim jest, że jeszcze może mieć normalne życie. Żadna kobieta nie chciała się w to bawić, bo wiadomo, kim jest. Zapytał, czy udawałabym jego partnerkę przez kilka odwiedzin w hospicjum.
Pomyślałam, że to chore. Naprawdę. Ale też od miesięcy czułam się, jakbym znikała ludziom przed oczami. Po rozwodzie zostałam z dzieckiem, alimenty od byłego przychodziły raz tak, raz nie, rata za auto mnie dusiła, czynsz znowu poszedł w górę, a rodzice pomagali tylko po to, żeby potem wypominać. Byłam samotna do bólu. I chyba dlatego powiedziałam:
– Tylko kilka razy.
Pierwszy raz w hospicjum myślałam, że się rozsypię. Pani Krystyna leżała pod kocem w drobne kwiaty, pachniało środkami do dezynfekcji i zupą z termosu. Kiedy Paweł usiadł przy niej i wziął ją za rękę, zobaczyłam zupełnie innego człowieka. Delikatnego. Uważnego. Takiego, którego nikt by o to nie podejrzewał.
– Mamo, to jest Marta – powiedział cicho. – Moja dziewczyna.
Serce mi stanęło, ale pani Krystyna uśmiechnęła się tak, jakby ktoś otworzył okno po ciężkiej zimie.
– No nareszcie – wyszeptała.
Potem już poszło za daleko. Zaczęliśmy udawać nie tylko przy niej. Kawa po odwiedzinach. Papieros pod śmietnikiem, chociaż obiecałam sobie, że rzuciłam. Zakupy do hospicjum. Raz przywiózł mi leki dla syna, kiedy mały miał gorączkę, bo ja nie mogłam wyrwać się z pracy. Innym razem naprawił spłuczkę i nawet niczego nie komentował, że od trzech miesięcy kapało, a ja tylko podstawiałam miskę.
I wiecie co było najgorsze? Przy nim nie musiałam udawać, że daję radę.
Ostrzegali mnie wszyscy. Siostra powiedziała, że chyba oszalałam. Ojciec przestał się do mnie odzywać. Sąsiadka z trzeciego piętra patrzyła na mnie jak na idiotkę. W pracy koleżanka szepnęła, żebym uważała, bo tacy ludzie wciągają na dno.
Może mieli rację.
Bo ja też nie byłam wobec niego fair. Nie mówiłam mu długo, że mój były mąż nagle zainteresował się synem dopiero wtedy, gdy usłyszał plotki o Pawle. Że straszył mnie sądem i ograniczeniem kontaktów, jeśli dalej będę „prowadzać dziecko między bandziorami”. Wstydziłam się. Bałam się, że Paweł uzna mnie za kolejny problem.
A on i tak się dowiedział.
– Czemu mi nie powiedziałaś? – zapytał wtedy pod hospicjum.
– Bo nie wszystko da się załatwić pięściami, Paweł.
Odsunął się, jakbym go spoliczkowała.
– Myślisz, że ja tylko to umiem?
Nie odpowiedziałam. I do dziś mnie to gryzie.
Pani Krystyna zmarła trzy dni później. Byłam na pogrzebie. Rodzina Pawła patrzyła na mnie podejrzliwie, moja w ogóle nie przyszła. Stałam obok niego na cmentarzu, wiatr wciskał mi włosy do ust, a on ściskał moją dłoń tak mocno, że aż bolało. Ale nie puściłam.
Wieczorem pierwszy raz mnie pocałował. Bez udawania. Bez wymówek. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że to jest głupie, niebezpieczne i spóźnione, a mimo to nie umiemy już zawrócić.
Byliśmy razem może dwa miesiące. Krótkie, poszarpane szczęście. Obiady u mnie, kiedy syn był u ojca. Jego bluza rzucona na moje krzesło. Głupie wiadomości rano. To, że nagle miałam do kogo napisać: „Kupić chleb?”. Normalne rzeczy. Dla kogoś nic, dla mnie wszystko.
A potem przyszedł do mnie blady jak ściana.
– Muszę zniknąć na jakiś czas.
Zaśmiałam się nerwowo, bo myślałam, że żartuje.
– Paweł, nie rób jaj.
– Marta, słuchaj mnie teraz uważnie. Nie przychodź do pracy sama przez parę dni. Nie otwieraj obcym. Jakby ktoś pytał, nie wiesz, gdzie jestem.
Poczułam zimno aż pod skórą.
– Co ty zrobiłeś?
Długo milczał. Patrzył w podłogę.
– Nie wszystko da się zostawić za sobą, nawet jak człowiek bardzo chce.
Chciałam krzyczeć. Rzucić w niego kubkiem. Kazać mu zostać i wreszcie powiedzieć prawdę. Ale zobaczyłam, że on się naprawdę boi. Nie o siebie. O mnie.
Przytulił mnie tylko na chwilę.
– Z tobą miałem jedyny normalny kawałek życia.
I wyszedł.
Od tamtej pory minęło osiem miesięcy. Nie odezwał się ani razu. Zmieniłam numer, ale stary i tak pamiętam na pamięć. Rodzina oczywiście uznała, że dostałam nauczkę. Matka powiedziała kiedyś przy obiedzie, że „dobrze, że skończyło się tylko na wstydzie”. Tylko na wstydzie. Jakby to było mało.
Syn pyta czasem o „pana Pawła od spłuczki”. Mówię, że wyjechał. To akurat prawda, chyba.
Do dziś nie wiem, czy on mnie wykorzystał na początku, czy po prostu oboje byliśmy tak potwornie samotni, że złapaliśmy się siebie jak tonący deski. Wiem tylko, że przy nim pierwszy raz od lat nie czułam się ciężarem.
I może właśnie dlatego boli najbardziej.
Powiedzcie mi, czy moja rodzina miała rację od początku, a ja tylko brnęłam w coś chorego? Czy człowiek ma prawo tęsknić za kimś, kto przyniósł mu tyle strachu, a jednocześnie dał trochę szczęścia, którego nie umiał znaleźć nigdzie indziej?