Po latach otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że moje dawne życie naprawdę już do mnie nie należy
– Ty to jesteś Marta? Ta od Piotrka? – zapytała kobieta w dresie, jak tylko otworzyła mi drzwi.
I już wtedy chciałam zejść z tego czwartego piętra i po prostu wrócić na dworzec PKP.
Przyjechałam do Radomia po pogrzebie ciotki Haliny. Niby tylko po papiery do mieszkania, bo byłam wpisana do pełnomocnictwa jeszcze sprzed jej udaru. Miałam zabrać jakieś dokumenty z komody i oddać klucze administracji. Tyle. Żadnych sentymentalnych wycieczek. A jednak zamiast jechać od razu na osiedle XV-lecia, wysiadłam przystanek wcześniej i poszłam pod blok na Ustroniu, gdzie kiedyś mieszkał Piotrek.
Głupie, wiem. Mam 46 lat, męża, syna na studiach w Lublinie, ratę za mieszkanie w Ursusie i kręgosłup, który boli mnie od siedzenia w księgowości. A jednak stałam tam jak jakaś nastolatka.
Ta kobieta patrzyła na mnie dziwnie.
– Przepraszam, pomyłka – powiedziałam.
– Nie, żadna pomyłka. On pani zdjęcie kiedyś pokazywał. Dawno temu. Wejdzie pani? – rzuciła.
Nie powinnam. Weszłam.
W środku pachniało rosołem i proszkiem do prania. W przedpokoju stały buty dziecięce, choć dzieci tam akurat nie było. Kobieta miała może ze 40 lat, zwyczajna, zmęczona twarz, nic z tych moich wyobrażeń. Przedstawiła się: Aneta.
– Ja byłam żoną Piotrka – powiedziała. – Byłą. Ale dalej tu mieszkam z córką. On już tu nie mieszka.
Serce mi tak walnęło, że aż mi się słabo zrobiło.
– Aha. Rozumiem.
Nic nie rozumiałam.
Usiadłyśmy w kuchni. Dała mi herbatę do szklanki w koszyczku, jak u mojej matki kiedyś. I nagle to wszystko zrobiło się jakieś śmiesznie zwyczajne.
Piotr był moją wielką sprawą, jak miałam dziewiętnaście lat. Poznaliśmy się na juwenaliach w Kielcach, potem przez dwa lata jeździłam do niego, on do mnie do Skarżyska. Mieliśmy plan, że po studiach wynajmiemy coś w Warszawie. Ja chciałam iść na zaoczne i pracować, on mówił, że da radę, że będzie inaczej niż u naszych rodziców, wieczne liczenie pieniędzy i pretensje.
A potem zniknął. Po prostu. Najpierw mniej telefonów na stacjonarny, potem cisza. W końcu jego kolega powiedział mi, że Piotrek wyjechał do Niemiec na robotę. Napisałam dwa listy. Bez odpowiedzi. Potem poznałam Darka, życie poszło dalej, no jak u wszystkich.
Tylko że nie do końca.
Bo człowiek sobie czasem zostawia w głowie taką jedną szufladę. Nie otwiera, ale wie, że jest.
Aneta mieszała łyżeczką herbatę i mówi:
– On pani nie zostawił tak po prostu. To znaczy… zostawił, ale nie tak, jak pani myśli.
Od razu mnie to zdenerwowało.
– To jak? Bo z mojej perspektywy wyglądało dość prosto.
– Jego matka przechwytywała listy. I telefon raz odebrała pani mama, raz jego matka, i obie… no, nie pomagały.
Popatrzyłam na nią jak na wariatkę.
– Moja mama nic nie przechwytywała.
– Nie wiem. Ja mówię, co wiem od niego.
I wtedy wyszło coś, czego się nie spodziewałam. Piotrek nie wyjechał od razu do Niemiec. Najpierw trafił do szpitala w Radomiu po wypadku. Motor, noc, alkohol, głupota. Przeżył, ale przez kilka miesięcy chodził o kulach i podobno miał taki bałagan w głowie, że nie chciał, żebym go widziała. Wstydził się. A jego matka, święcie przekonana, że ja mu tylko „namieszam”, miała mówić, że jak mnie odetnie, to on szybciej stanie na nogi.
– I stanął? – zapytałam ostro.
Aneta wzruszyła ramionami.
– Fizycznie tak. Z resztą różnie.
Chciałam powiedzieć coś złośliwego, ale nie zdążyłam, bo ona dodała:
– Tylko proszę sobie nie robić z niego ofiary. On potem mógł panię znaleźć. Mógł napisać. Tylko nie napisał.
No i właśnie. Tu mnie trafiła najbardziej, bo to było uczciwe. Gdyby chciał, to by znalazł. Zwłaszcza później, kiedy już były Nasza Klasa, Facebook, wszystko.
– To po co mnie pani wpuściła? – spytałam.
Aneta spojrzała na mnie tak, jakby sama nie wiedziała.
– Bo ja też kiedyś myślałam, że jestem jego jedyną wielką historią. A potem znalazłam pani zdjęcie w pudełku po butach. Z listami. Nieotwartymi. Leżały u jego matki do śmierci.
Zrobiło mi się gorąco.
– Jakie listy?
– Pani. Dwa. I jeszcze kartka na święta. Potem jeden jego, chyba nigdy niewysłany.
I wtedy już naprawdę nie wiedziałam, czy mam płakać, czy wyjść. Bo nagle okazało się, że przez tyle lat nosiłam w sobie wersję, że zostałam nieważna, że można mnie tak po prostu odstawić jak kubek. A tu wychodzi, że ktoś przy tym grzebał. Tylko zaraz obok stała druga prawda: on dorósł, ożenił się, miał dziecko i dalej nic ze mną nie zrobił. Żadnego „przepraszam”, żadnego „było jak było”. Nic.
– A gdzie on jest teraz? – spytałam.
– W Puławach. Mieszka sam. Po rozwodzie. Ma kontakt z córką. Zawał miał rok temu.
To mnie ścięło. Nie wiem czemu. Może dlatego, że w głowie dalej miałam chłopaka w dżinsowej kurtce z giełdy.
Aneta wstała, wyjęła z szuflady kopertę.
– To ten list. Ja go nie czytałam całego. Tylko początek. Uznałam, że jak już pani przyszła, to może powinna go pani zabrać.
Nie wzięłam.
Serio. Patrzyłam na tę kopertę i nie mogłam dotknąć. Bałam się, że tam będzie coś banalnego. Albo jeszcze gorzej, coś czułego, ale spóźnionego o ćwierć wieku. Jedno i drugie byłoby nie do zniesienia.
– Nie chcę – powiedziałam.
– Jest pani pewna?
– Nie. Ale nie chcę.
Wróciłam potem do mieszkania ciotki, otworzyłam komodę, znalazłam akty notarialne, książeczkę opłat z SM, stare rachunki za gaz. Normalne rzeczy. Zadzwonił Darek i spytał, czy zdążę na Intercity.
– Chyba tak – powiedziałam.
– Wszystko okej? Dziwnie brzmisz.
I wtedy skłamałam.
– Tak, po prostu jestem zmęczona.
W pociągu myślałam o tym, że może całe życie byłam wierna nie człowiekowi, tylko wersji wydarzeń. Tej, w której to ja zostałam skreślona i musiałam się z tym jakoś pozbierać. A prawda okazała się gorsza i głupsza zarazem: trochę zawiniła matka, trochę on, trochę może los, ale finał i tak jest ten sam. Nie ma żadnego drugiego życia, które na mnie czekało za rogiem. Jest to moje, obecne. Zwykłe, czasem męczące, ale moje.
Tylko do dziś nie wiem, czy dobrze zrobiłam, nie biorąc tego listu. Może człowiek powinien takie rzeczy domykać, a może właśnie nie ruszać, jak już tyle lat przeleżało. Co wy byście zrobili na moim miejscu?