„Albo twoja matka, albo ja” — usłyszałam to nad łóżkiem teściowej i coś we mnie pękło
„Nie dotykaj tych leków, bo potem znowu pomylisz dawki jak ostatnio” — moja mama powiedziała to tak głośno, że teściowa tylko zamrugała i odwróciła głowę do ściany.
Stałam z siatką z apteki w ręku, w przedpokoju cisnęło się ciepło z kaloryferów, a w pokoju pachniało maścią rozgrzewającą i rosołem z wczoraj. Teściowa, Halina, leżała od tygodnia po udarze, niby „lekki”, ale prawa ręka jak z waty, mowa czasem ucieka. I wszystko spadło na mnie, bo mój mąż Michał pracuje na budowie od świtu do nocy, a pielęgniarka środowiskowa jest, jak jest — raz przyjdzie, raz nie.
„Mamo, daj spokój, ona musi to brać, ja mam zapisane na kartce” — syknęłam cicho, żeby nie robić awantury przy Halinie.
„Ty masz zapisane? Ty? A rachunki też masz zapisane? Bo jakoś na moje leki już ci się nie chce jeździć” — mama weszła za mną do pokoju, jakby to był jej dom.
I właśnie to mnie wkurzyło najbardziej. Bo to nie był jej dom. To było mieszkanie Haliny, dwa pokoje na osiedlu w Gdyni, stary blok, wielka płyta, windy ciągle nie ma, a sąsiadka z dołu potrafi walić miotłą w sufit, jak tylko w nocy spłuczesz wodę.
„Mamo, ja ci wczoraj kupiłam leki, są w twojej szafce. Przestań” — powiedziałam już ostrzej.
„Wczoraj! Bo ci przypomniałam trzy razy. A teraz latasz tu jak taka… jakbyś była jej córką” — mama prychnęła.
Michał stał w drzwiach kuchni, z kubkiem zimnej kawy. Milczał, ale miał to swoje spojrzenie: zaraz wybuchnie.
„Mamo, nie rób scen przy mamie” — powiedział w końcu.
„Twojej mamie? A ona mi co? Ona mi dziecko zabrała!” — wypaliła moja mama i nagle zrobiło się tak cicho, że usłyszałam tykanie zegara z PRL-u nad stołem.
Zamarłam. Halina poruszyła ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko westchnęła.
„Jak to… zabrała?” — zapytałam, bo naprawdę nie wiedziałam, co ona bredzi. Mama zawsze nie lubiła Haliny, to fakt, ale „zabrała dziecko”?
Mama spojrzała na mnie tak, jakby decyzję podjęła już dawno i teraz tylko dokręcała śrubę.
„A myślisz, że czemu ja jej nigdy nie mogłam znieść? Bo jak ty byłaś w liceum, jak ci ojciec uciekł z tą swoją… a ja zostałam z kredytem i tobą… to ona twojego Michała nastawiała, żeby cię nie brał, bo jesteś ‘problem’”.
„Co ty gadasz…” — wyrwało mi się. „Michał?”
Michał spuścił wzrok.
„No proszę, nie wiedziałaś” — mama uśmiechnęła się krzywo. „A teraz ty tu latasz, karmisz ją, myjesz, zmieniasz pampersy, a ona jeszcze wtedy robiła z ciebie jakąś… gorszą.”
Poczułam, jak mi gorąco idzie po szyi. W głowie mi się mieszało. Bo ja pamiętałam tamten czas inaczej. Ojciec odszedł, jasne, było ciężko. Mama płakała w łazience, a potem udawała twardą. Ja pracowałam w weekendy w sklepie w centrum, żeby mieć na korki. I Michał wtedy był jedyną normalną rzeczą.
„Michał, powiedz coś” — powiedziałam.
On chrząknął.
„Miała swoje zdanie… wtedy. Bała się, że nie damy rady. Że ty masz za dużo na głowie. Ja… ja też się bałem” — powiedział cicho.
„Czyli to prawda?” — spojrzałam na Halinę.
Halinie zadrżała powieka. W końcu wykrztusiła, urywanie, ciężko:
„Ja… nie… chciałam… żebyś cierpiała…”
„To czemu mnie odpychałaś?” — prawie krzyknęłam.
„Bo… Michał… był młody… kredyt… praca… ja… głupia” — wyszeptała, a potem zaczęła kaszleć.
I ja w tym momencie nie wiedziałam, czy mam ją przytulić, czy wyjść trzaskając drzwiami. Bo z jednej strony: jak można tak oceniać człowieka? Z drugiej: ona teraz leży bezsilna i ja widzę, że serio jest przerażona, że zostanie sama.
Mama od razu podchwyciła.
„Widzisz? A teraz jak jest chora, to nagle święta. A jak ja cię wychowałam sama, to kto mi pomógł? Kto?”
„Mamo, ale ja ci pomagam! Tylko nie mogę być w dwóch miejscach naraz!” — powiedziałam i ręce mi się trzęsły, aż mi paragon z apteki wypadł na podłogę.
„Pomagasz? A kto opłaca twojej matce rehabilitację? Kto ją wozi do lekarza?” — mama spojrzała na Michała.
„Ja ją wożę czasem” — mruknął.
„Czasem. A pieniądze?” — mama już prawie krzyczała. „Wszystko idzie w tę starą kobietę. A ja co? Ja mam czekać, aż mi ktoś łaskawie kupi witaminę D?”
I wtedy Michał wypalił coś, czego nie zapomnę.
„Bo twoja matka… wzięła od nas kasę, Iza. Nie powiedziała ci.”
„Co?” — odwróciłam się do niego, jakby mówił w obcym języku.
Mama pobladła.
„Jaką kasę?” — zapytałam.
Michał zaciął szczękę.
„Pamiętasz, jak pół roku temu mówiła, że musi pilnie dopłacić do czynszu, bo ją straszą komornikiem? Dałem jej cztery tysiące. Z naszych. Miała oddać, jak dostanie zaległą emeryturę po przeliczeniu. I nie oddała. A potem widziałem u niej nową pralkę i telewizor.”
Zrobiło mi się słabo. Bo ja pamiętałam tę rozmowę z mamą. Płakała przez telefon, mówiła: „Iza, ja się boję, ja nie śpię, oni mi konto zajmą”. I ja wtedy poszłam do Michała, prosiłam, błagałam. A on dał, choć też się bał, bo sami spłacamy raty.
„Mamo…” — powiedziałam tak cicho, że sama ledwo słyszałam.
Mama od razu się obroniła.
„A co, mam siedzieć w zimnie? Pralka mi się zepsuła! A telewizor… stary był, aż oczy bolały. Ja też człowiek!”
„Ale mówiłaś, że to na czynsz i komornik!” — już nie wytrzymałam.
„Bo byś nie dała! Bo jak się powie prawdę, to ty zawsze: ‘mamo, potem, nie teraz’. A ja ile mam czekać?” — krzyknęła.
I ja nagle zobaczyłam to z dwóch stron naraz i to mnie dobiło. Mama naprawdę żyje skromnie, sama, z emerytury, wszystko drożeje. Ale też… ona manipuluje. I robi to tak, że ja potem czuję się winna, jakbym była najgorszą córką.
Halina leżała obok i patrzyła na mnie tym jednym przytomnym okiem. I też nie była święta, bo wtedy mnie oceniała, a teraz potrzebuje mnie jak tlenu. Michał z kolei… no, on mógł mi powiedzieć wcześniej, że dał mamie pieniądze. Nie musiał trzymać tego w sobie jak jakiejś broni na awarię.
„Dobra” — powiedziałam w końcu i wzięłam głęboki oddech. „Mamo, dziś nie będziemy tego tu roztrząsać. Wyjdź na klatkę albo do domu. Halina musi odpocząć.”
„Czyli mnie wyrzucasz?” — mama aż się zachłysnęła oburzeniem.
„Nie wyrzucam. Ale nie będziesz robić awantur przy chorej. I nie będziesz mnie szantażować, że mam wybrać między tobą a nią” — powiedziałam, choć w środku czułam, że i tak już wybieram.
Mama spakowała torebkę, trzepnęła drzwiami tak, że aż sąsiadka z dołu pewnie się przeżegnała.
Zostałam z Michałem w kuchni. On się odezwał pierwszy.
„Przepraszam, że ci nie mówiłem o tych pieniądzach. Bałem się, że się rozpadniesz” — mruknął.
„A myślisz, że teraz się nie rozpada?” — odburknęłam. „Ile jeszcze jest takich rzeczy, o których nie wiem?”
On milczał.
I wtedy przyszła pielęgniarka środowiskowa, spojrzała na Halinę i powiedziała: „Trzeba będzie załatwić opiekę długoterminową albo kogoś do pomocy, bo sama pani nie pociągnie”. A ja tylko kiwnęłam głową, bo co miałam powiedzieć.
Wieczorem mama napisała SMS: „Jak umrę, to wtedy zobaczysz”. Odpisałam: „Mamo, nie pisz tak”. I tyle. Nie zadzwoniłam.
Siedzę teraz na kanapie, słyszę jak Halina charczy przez ścianę, Michał udaje, że ogląda wiadomości, a ja mam w głowie jedno: jak mam być dobrą żoną, dobrą synową i dobrą córką, jak każda strona ciągnie mnie w swoją?
Nie wiem, czy mam się na mamę obrazić o te pieniądze i te teksty, czy ją zrozumieć, bo też jest samotna i przerażona. Nie wiem też, czy mam wybaczyć Halinie to, co było kiedyś, czy wreszcie powiedzieć jej, co o tym myślę.
Co wy byście zrobili na moim miejscu: ucięli kontakt z mamą na jakiś czas, czy próbowali jeszcze raz wszystko poukładać, nawet jeśli znowu skończy się awanturą?