Moja siostra nie docenia mojej pomocy – czy warto dalej się poświęcać?
– Znowu się wtrącasz, Magda! – krzyknęła Anka, trzaskając drzwiami kuchni. Stałam przy zlewie, ścierając łzy razem z pianą z naczyń. W głowie dudniły mi jej słowa: „Nie potrzebuję twojej pomocy! Zajmij się w końcu swoim życiem!”
To nie był pierwszy raz, kiedy usłyszałam coś podobnego. Ale tym razem zabolało mocniej. Może dlatego, że od lat byłam dla niej wszystkim: starszą siostrą, matką, powierniczką, czasem nawet bankomatem. Kiedy mama zachorowała na raka, to ja rzuciłam studia w Krakowie i wróciłam do rodzinnego Radomia, żeby się wszystkim zająć. Anka miała wtedy 16 lat i buntowała się przeciwko całemu światu. Ojciec? Odszedł do innej kobiety, kiedy byłyśmy jeszcze dziećmi.
Pamiętam, jak pewnej nocy siedziałyśmy razem na łóżku mamy w szpitalu. Anka płakała cicho, a ja obiecałam jej wtedy: „Nie pozwolę, żebyś została sama. Zawsze będę przy tobie.” I byłam. Nawet kiedy mama odeszła, a Anka zaczęła imprezować, wagarować i przynosić do domu chłopaków, których imion nie pamiętała następnego dnia.
Przez lata próbowałam ją ratować. Dzwoniłam po nocach na policję, kiedy nie wracała do domu. Pożyczałam pieniądze na kolejne kursy i terapie. Kiedy zaszła w ciążę z Bartkiem – chłopakiem, który zniknął szybciej niż się pojawił – to ja byłam przy niej na porodówce. To ja kupowałam pieluchy i gotowałam obiady, kiedy ona spała po nieprzespanej nocy.
Wszystko to robiłam z miłości. Ale czy ona to widziała? Czy kiedykolwiek podziękowała?
Ostatnie miesiące były szczególnie trudne. Anka straciła pracę w sklepie odzieżowym i coraz częściej zostawiała małą Zosię pod moją opieką, tłumacząc się „ważnymi sprawami”. Ja pracowałam zdalnie jako księgowa i ledwo wyrabiałam się z obowiązkami. Czułam się jak cień samej siebie – zmęczona, sfrustrowana, coraz bardziej samotna.
Wczoraj wieczorem, kiedy wróciła do domu po kolejnej „rozmowie o pracę”, znalazłam ją na kanapie z butelką wina. Zosia płakała w swoim pokoju. – Anka, musisz się ogarnąć – powiedziałam cicho. – Nie mogę ciągle wszystkiego robić za ciebie.
Wtedy wybuchła. – Ty zawsze musisz mieć rację! Myślisz, że jesteś lepsza? Że bez ciebie bym sobie nie poradziła? Przestań mnie kontrolować!
Zamarłam. Przez chwilę miałam ochotę wykrzyczeć jej wszystko: ile razy ratowałam ją przed długami, ile razy rezygnowałam z własnych planów przez nią. Ale tylko zacisnęłam pięści i wyszłam na balkon.
Stałam tam długo, patrząc na światła miasta i zastanawiając się: po co to wszystko? Czy naprawdę robię to dla niej… czy może dla siebie? Może boję się zostać sama? Może nie umiem żyć bez roli opiekunki?
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Asia – moja przyjaciółka jeszcze z liceum. – Magda, musisz postawić granice – powiedziała stanowczo. – Twoja siostra nigdy nie dorośnie, jeśli będziesz ją wyręczać we wszystkim.
Łatwo powiedzieć… Ale jak zostawić kogoś, kogo kochasz? Jak przestać być odpowiedzialną za czyjeś życie?
Wieczorem usiadłyśmy z Anką przy stole. – Musimy pogadać – zaczęłam drżącym głosem. – Kocham cię i chcę ci pomagać, ale nie mogę już dłużej brać wszystkiego na siebie. Musisz zacząć odpowiadać za swoje decyzje.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – Czyli co? Wyrzucasz mnie z domu?
– Nie o to chodzi… Ale musisz znaleźć pracę i zacząć zajmować się Zosią. Ja też mam swoje życie.
Wybuchła płaczem. – Myślisz, że tego nie wiem? Ale boję się… Boję się, że sobie nie poradzę.
Po raz pierwszy od lat zobaczyłam w jej oczach prawdziwy strach i bezradność. Przytuliłam ją mocno.
Minęły dwa tygodnie od tej rozmowy. Anka znalazła pracę w kawiarni na pół etatu i zaczyna powoli stawać na nogi. Ja uczę się mówić „nie” i myśleć o sobie bez poczucia winy.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę można pomóc komuś, kto tej pomocy nie chce? Czy miłość do rodziny zawsze musi oznaczać poświęcenie siebie?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?