Po ślubie odkryłam, że mój mąż słucha tylko swojej matki. Czy naprawdę pozwoliłam im sobą rządzić?

– Nie, nie będziemy kupować tej sofy, Aniu. Mama mówiła, że ta stara jest jeszcze dobra – Michał nawet nie spojrzał mi w oczy, tylko nerwowo przestępował z nogi na nogę w sklepie meblowym.

Zacisnęłam usta, czując jak wzbiera we mnie fala bezsilności. To był nasz pierwszy wspólny zakup po ślubie. Miałam nadzieję, że zaczniemy budować własny dom, własne zasady. Ale od początku wszystko szło nie tak.

Wyszłam za Michała z miłości. Był czuły, opiekuńczy, zawsze potrafił mnie rozśmieszyć. Ale po ślubie coś się zmieniło. Zamiast planować wspólne życie, usłyszałam: „Mama mówi, że najlepiej będzie, jeśli na razie zamieszkamy u niej. Będzie nam łatwiej się ogarnąć.”

Miałam swoje mieszkanie po babci w centrum Warszawy. Małe, ale własne. Michał przekonywał mnie, że to tylko na chwilę, że mama pomoże nam się urządzić i zaoszczędzimy na remont. Chciałam być dobrą żoną, nie robić problemów na starcie. Zgodziłam się.

Od pierwszego dnia w domu teściowej czułam się jak intruz. Pani Barbara – bo tak miała na imię – miała swoje zasady: śniadanie o siódmej, obiad o piętnastej, kolacja o dziewiętnastej. Wszystko musiało być po jej myśli. Nawet herbata – „Nie tak się parzy herbatę, Aniu! U nas zawsze najpierw wrzątek, potem torebka!”

Michał? Milczał. Albo gorzej – przytakiwał jej we wszystkim.

Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez cienką ścianę:
– Michałku, ona nie umie gotować rosołu. Musisz jej powiedzieć, żeby nie marnowała tyle mięsa.
– Dobrze, mamo.

Poczułam się jak dziecko w przedszkolu, któremu ktoś wytyka każdy błąd. Próbowałam rozmawiać z Michałem:
– Kochanie, czuję się tu obco. Może wrócilibyśmy do mojego mieszkania?
– Ale mama się obrazi… Poza tym tu jest wygodniej.

Z każdym dniem było gorzej. Pani Barbara decydowała o wszystkim: co jemy, gdzie jedziemy na weekend, nawet jak spędzamy święta. Gdy zaproponowałam wyjazd do moich rodziców na Wielkanoc, usłyszałam:
– Ależ Aniu, u nas zawsze cała rodzina jest razem! Twoi rodzice mogą przyjechać do nas.

Moja mama płakała przez telefon:
– Córciu, dlaczego nie możesz być u siebie? Przecież to twoje życie!

Nie miałam siły jej tłumaczyć. Czułam się jak w klatce. Każda próba rozmowy z Michałem kończyła się kłótnią:
– Przesadzasz! Mama chce dla nas dobrze!

A ja coraz częściej płakałam w łazience, żeby nikt nie słyszał.

Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy i zobaczyłam panią Barbarę przeglądającą moje rzeczy w szafie.
– Co pani robi?!
– Szukam miejsca na nowe ręczniki. Twoje ubrania zajmują za dużo miejsca.

Wybiegłam z domu i długo błąkałam się po mieście. Zadzwoniłam do przyjaciółki:
– Magda, ja już nie mogę…
– Anka, musisz postawić granice! To twoje życie!

Ale jak postawić granice komuś, kto codziennie powtarza: „Ja tylko chcę wam pomóc”? Jak przekonać męża, że jego matka nie jest wyrocznią?

Próbowałam jeszcze raz:
– Michał, musimy porozmawiać. Czuję się tu źle. Chcę wrócić do siebie.
– Aniu… Mama będzie smutna…
– A ja?! Ja już jestem smutna!

Wybuchłam płaczem. Michał patrzył na mnie bezradnie.

Następnego dnia spakowałam walizkę i wróciłam do swojego mieszkania. Michał nie zadzwonił przez tydzień. W końcu przyszedł:
– Mama mówiła, że przesadzasz…

Zrozumiałam wtedy coś bolesnego: dla niego zawsze ważniejsza będzie mama niż ja.

Dziś mieszkam sama. Czasem jeszcze płaczę po nocach i pytam siebie: dlaczego pozwoliłam im sobą rządzić? Czy naprawdę miłość powinna oznaczać rezygnację z siebie?

A może są tu inni, którzy też musieli walczyć o własne życie w cieniu cudzych oczekiwań? Jak długo można pozwalać innym decydować za siebie?