Zjazd, który zmienił wszystko: Powrót do przeszłości i niewypowiedziane słowa
— Naprawdę musisz tam iść? — głos mojej mamy odbił się echem w kuchni, gdy nerwowo przekładałam zaproszenie z ręki do ręki. — Przecież to tylko stara klasa. Po co rozdrapywać stare rany?
Nie odpowiedziałam. Wpatrywałam się w białą kartkę z niebieskim nadrukiem, jakby miała mi zdradzić przyszłość. Zjazd klasowy. Po piętnastu latach. W głowie miałam tylko jedno imię: Marek. Chłopak z ostatniej ławki, który kiedyś napisał dla mnie wiersz na marginesie zeszytu i uśmiechał się tak, jakby rozumiał wszystko, czego ja sama nie potrafiłam nazwać.
Nie chciałam tam iść. Po co wracać do ludzi, z którymi łączyło mnie tylko kilka lat dzieciństwa i wspólne zdjęcia ze szkolnej ławki? Ale potem zobaczyłam na liście nazwisk jego imię. I coś we mnie drgnęło. Przez kilka dni chodziłam jak struta, nie mogąc się zdecydować. Mama powtarzała, że to strata czasu, a ja sama przed sobą udawałam, że nie zależy mi na tym spotkaniu.
W końcu jednak ubrałam się w swoją najlepszą sukienkę, poprawiłam makijaż i wyszłam z domu, zostawiając za sobą ciężkie spojrzenie mamy i ciszę, która od lat wisiała między nami jak gruby koc.
Sala była pełna śmiechu, gwaru i zapachu perfum zmieszanych z alkoholem. Ludzie, których twarze znałam na pamięć, ale których życie potoczyło się zupełnie inaczej niż moje. Przy drzwiach stał on. Marek. Wyższy niż zapamiętałam, z lekko siwiejącymi włosami i tym samym spojrzeniem, które kiedyś sprawiało, że czułam się widziana.
— Cześć, Anka — powiedział cicho, a ja poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła.
— Cześć — odpowiedziałam, próbując ukryć drżenie głosu.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Wokół nas świat wirował: ktoś śmiał się głośno przy stole z przekąskami, ktoś inny opowiadał anegdoty o dawnych nauczycielach. Ale dla mnie liczył się tylko ten moment.
— Myślałem, że nie przyjdziesz — powiedział Marek. — Zawsze byłaś taka… niezależna.
Uśmiechnęłam się smutno. — Może właśnie dlatego przyszłam.
Usiedliśmy razem przy oknie. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym: o pracy, o tym, kto wyjechał za granicę, kto się rozwiódł, kto został rodzicem. Ale pod powierzchnią tych słów czułam napięcie. Niewypowiedziane pytania wisiały w powietrzu.
W pewnym momencie Marek wyjął z kieszeni złożony na cztery kawałek papieru.
— Pamiętasz to? — zapytał.
Rozwinął kartkę. To był ten sam wiersz sprzed lat. „Na marginesie ciszy szukam twojego imienia…” Przeczytałam te słowa i poczułam łzy pod powiekami.
— Dlaczego nigdy mi nic nie powiedziałeś? — zapytałam szeptem.
Marek spuścił wzrok. — Bałem się. Ty zawsze byłaś taka odważna… Ja nie potrafiłem wtedy walczyć o siebie. Ani o ciebie.
W tej chwili wróciły do mnie wszystkie wspomnienia z domu: wieczne kłótnie rodziców, mama powtarzająca mi, że powinnam być twardsza, że nie mogę pozwolić sobie na słabość. Tata, który odszedł bez słowa wyjaśnienia i zostawił nas same z długami i żalem.
— Może oboje baliśmy się wtedy za bardzo — powiedziałam cicho.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Potem Marek dotknął mojej dłoni.
— Wiesz… czasem myślę, że gdybyśmy wtedy byli inni…
Przerwałam mu. — Ale nie byliśmy. I nie jesteśmy też teraz.
Spojrzał na mnie uważnie. — A może jednak?
W tym momencie podeszła do nas Magda — dawna przyjaciółka z klasy, która zawsze wiedziała wszystko o wszystkich.
— Ooo! Widzę, że stare czasy wracają! — zaśmiała się głośno, a ja poczułam ukłucie wstydu.
— Magda… — zaczęłam, ale ona już była gdzie indziej, roznosząc plotki jak ogień po suchym lesie.
Marek ścisnął moją dłoń mocniej.
— Nie przejmuj się nią. Ważne jest to, co czujemy my.
Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam tam coś więcej niż dawniej: dojrzałość, smutek i nadzieję jednocześnie.
Nagle poczułam ciężar wszystkich lat spędzonych na udawaniu przed samą sobą, że niczego mi nie brakuje. Że jestem silna i niezależna tylko dlatego, że tak nauczyło mnie życie. Że nie potrzebuję nikogo…
A przecież to nieprawda.
Zjazd trwał jeszcze kilka godzin. Rozmawialiśmy z innymi, śmialiśmy się z dawnych żartów, ale cały czas czułam obecność Marka obok siebie jak cichy puls pod skórą.
Kiedy wychodziliśmy razem na chłodne powietrze przed szkołą, Marek zatrzymał mnie przy bramie.
— Anka… Chciałbym spróbować jeszcze raz. Może teraz jesteśmy gotowi?
Patrzyłam na niego długo. W głowie miałam głos mamy: „Nie rozdrapuj starych ran”. Ale przecież czasem trzeba otworzyć stare rany, żeby mogły się naprawdę zagoić.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
— Może warto spróbować…
Wróciłam do domu późno w nocy. Mama czekała w kuchni z herbatą.
— I jak było? — zapytała bez emocji.
Usiadłam naprzeciwko niej i przez chwilę milczałyśmy.
— Spotkałam Marka — powiedziałam w końcu cicho.
Mama spojrzała na mnie uważnie. — I?
— I chyba muszę sama zdecydować, czego chcę od życia — odpowiedziałam spokojnie.
Mama skinęła głową i przez chwilę wydawało mi się, że rozumie więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Teraz siedzę przy oknie i patrzę na światła miasta odbijające się w szybie. Czy można naprawdę zacząć od nowa po tylu latach? Czy warto wracać do przeszłości tylko po to, by odnaleźć siebie?
A może czasem trzeba po prostu dać sobie szansę…