Zbyt późno odkryłam swój błąd – historia Weroniki Nowak
— Weronika Nowak! — wrzasnęła pielęgniarka, a ja aż podskoczyłam na plastikowym krześle. Wstałam, czując, jak nogi mam jak z waty. Przeciskałam się przez tłum kobiet, każda z nich z własną historią, własnym lękiem. Drzwi do gabinetu zamknęły się za mną z głuchym trzaskiem. Lekarka, pani doktor Szymańska, nawet nie spojrzała mi w oczy, tylko wyciągnęła rękę po teczkę.
— Proszę usiąść — rzuciła, wertując dokumenty. Siedziałam na skraju krzesła, ściskając dłonie tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.
— Wszystko wskazuje na to, że… — zaczęła, a ja poczułam, jak serce wali mi w piersi. — Wyniki są niepokojące. Musimy zrobić dodatkowe badania.
Nie słyszałam już reszty. W uszach mi szumiało, a świat zaczął wirować. Wyszłam z gabinetu, nie pamiętając nawet, jak się pożegnałam. Na korytarzu czekała na mnie mama, Zofia.
— I co powiedziała? — zapytała, patrząc na mnie z troską.
— Muszę zrobić jeszcze badania — wyszeptałam, a łzy napłynęły mi do oczu.
Mama objęła mnie ramieniem, ale czułam, że nie rozumie, jak bardzo się boję. Od zawsze byłam tą silną, tą, która nie płacze. Ale teraz wszystko się sypało.
Wróciłyśmy do domu na warszawskim Ursynowie. W mieszkaniu czekał na mnie mąż, Krzysiek. Siedział przy stole, przeglądając jakieś papiery z pracy. Nawet nie podniósł wzroku, gdy weszłam.
— I jak? — rzucił, nie odrywając się od laptopa.
— Nie wiadomo. Muszę zrobić kolejne badania — odpowiedziałam, starając się, by głos mi nie zadrżał.
— No to zrób. — Wzruszył ramionami, jakby chodziło o zwykłe przeziębienie. Poczułam, jak narasta we mnie złość. Od miesięcy byliśmy sobie coraz bardziej obcy. Krzysiek żył pracą, a ja… ja żyłam w cieniu jego ambicji.
Wieczorem, gdy dzieci — Antek i Zosia — już spały, usiadłam na balkonie z kubkiem herbaty. Patrzyłam na światła miasta i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Przypomniałam sobie, jak jeszcze kilka lat temu śmialiśmy się z Krzyśkiem do łez, planowaliśmy wakacje, marzyliśmy o domku na Mazurach. Teraz rozmawialiśmy tylko o rachunkach i obowiązkach.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie siostra, Magda.
— Werka, co się dzieje? Mama mówiła, że byłaś u lekarza. — Jej głos był pełen troski, ale też niepokoju.
— Nie wiem, Magda. Boję się. — Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie na słabość. Magda milczała przez chwilę, a potem powiedziała:
— Przyjedź do mnie na weekend. Pogadamy, odpoczniesz.
Nie pojechałam. Nie mogłam zostawić dzieci, a Krzysiek nawet nie zapytał, czy czegoś potrzebuję. Zamiast tego zamknęłam się w sobie. Każdy dzień był taki sam: praca, dom, dzieci, lekarze. Czułam, że tonę.
W końcu przyszły wyniki. Lekarka zadzwoniła do mnie osobiście.
— Pani Weroniko, proszę jak najszybciej przyjechać do poradni.
Wiedziałam już, że to coś poważnego. W gabinecie pani doktor Szymańska spojrzała na mnie z powagą.
— Ma pani nowotwór szyjki macicy. Musimy działać szybko.
Świat się zatrzymał. Słowa lekarki odbijały się echem w mojej głowie. Nowotwór. Rak. Przecież to się zdarza innym, nie mnie.
Wyszłam z gabinetu jak w transie. Mama czekała na mnie na korytarzu.
— Co powiedzieli? — zapytała, a ja nie mogłam wydusić z siebie słowa. Po prostu się rozpłakałam. Mama przytuliła mnie mocno, a ja czułam, jak jej łzy mieszają się z moimi.
W domu powiedziałam Krzyśkowi. Siedział na kanapie, oglądał mecz.
— Mam raka — powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Co ty mówisz? — zapytał, jakby nie rozumiał.
— Mam raka szyjki macicy. Muszę iść na operację.
Przez chwilę milczał, a potem wstał i wyszedł do kuchni. Zostawił mnie samą z moim strachem.
Przez kolejne dni żyłam jak w koszmarze. Krzysiek był coraz bardziej nieobecny. Unikał rozmów, wychodził z domu, wracał późno. Dzieci pytały, czemu mama płacze, a ja nie umiałam im odpowiedzieć.
Pewnego wieczoru usłyszałam, jak Krzysiek rozmawia przez telefon w łazience. Szeptał, żeby nie obudzić dzieci.
— Nie wiem, co robić, ona jest chora… Tak, wiem, ale nie mogę jej zostawić teraz… — urywał zdania, jakby się bał, że go usłyszę.
Zrozumiałam, że ma kogoś. Może miał już od dawna, może to przez moją chorobę. Poczułam się zdradzona, ale nie miałam siły walczyć.
Operacja była trudna. Leżałam w szpitalu na Banacha, otoczona innymi kobietami, które też walczyły o życie. Każda z nas miała swoją historię, swoje lęki. Rozmawiałyśmy nocami, płakałyśmy razem, śmiałyśmy się z głupot. To one dały mi siłę, gdy Krzysiek nie przyjechał nawet w dniu operacji. Przysłał tylko SMS-a: „Trzymaj się”.
Po powrocie do domu wszystko było inne. Dzieci bały się mnie przytulić, jakby choroba była zaraźliwa. Mama pomagała mi w codziennych obowiązkach, a Krzysiek coraz częściej znikał. Pewnego dnia znalazłam w jego telefonie wiadomości do jakiejś Pauliny. Pisał, że mnie kocha, że nie wie, jak długo jeszcze wytrzyma w tym domu.
Zebrałam się na odwagę i powiedziałam mu, że wiem.
— Krzysiek, jeśli chcesz odejść, odejdź. Ja już nie mam siły walczyć o nas dwoje.
Spojrzał na mnie z ulgą, jakby czekał na te słowa. Spakował się i wyprowadził do niej. Dzieci płakały, mama próbowała mnie pocieszać, ale ja czułam tylko pustkę.
Przez kolejne miesiące walczyłam nie tylko z chorobą, ale i z samotnością. Uczyłam się żyć na nowo, bez Krzyśka, bez złudzeń. Magda przyjeżdżała do mnie co weekend, zabierała mnie na spacery, gotowała obiady. Powoli zaczęłam odzyskiwać siły.
Pewnego dnia, gdy siedziałam z dziećmi na placu zabaw, podszedł do mnie sąsiad, pan Marek.
— Pani Weroniko, jeśli będzie pani czegoś potrzebować, proszę dać znać.
Uśmiechnęłam się przez łzy. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie jestem sama.
Dziś, patrząc w lustro, widzę inną kobietę. Silniejszą, odważniejszą. Wiem, że popełniłam wiele błędów — za długo udawałam, że wszystko jest w porządku, za długo milczałam. Ale czy można cofnąć czas? Czy gdybym wcześniej powiedziała Krzyśkowi, jak bardzo się boję, wszystko potoczyłoby się inaczej?
A może czasem trzeba upaść na samo dno, żeby nauczyć się żyć naprawdę? Co wy o tym myślicie? Czy warto walczyć o coś, co już dawno się skończyło?