Wesele syna, a serce matki niepokojem przepełnione…
Drzwi do domu Julki otworzyły się z trzaskiem, a ja, Tamara Janowska, stanęłam w progu, czując, jak serce wali mi jak oszalałe. W powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonego chleba i perfum, a gwar rozmów niósł się po całym domu. Sławek, mój młodszy syn, podbiegł do mnie z szerokim uśmiechem. — Mamo, wyglądasz cudownie — powiedział, obejmując mnie mocno. — Jakbyś się zakochała — dodał z figlarnym błyskiem w oku. Uśmiechnęłam się, choć w środku czułam tylko narastający niepokój.
Dwa dni wcześniej przyjechałam do Krakowa, by pomóc w przygotowaniach do ślubu Aleksandra i Julki. Miało być pięknie, rodzinnie, radośnie. Ale już od pierwszego spotkania z rodzicami Julki poczułam, że coś jest nie tak. Jej matka, pani Grażyna, patrzyła na mnie z dystansem, a jej ojciec, pan Edward, był uprzejmy, ale chłodny. — Pani Tamaro, kawa czy herbata? — zapytała Grażyna, nie patrząc mi w oczy. — Herbatę, dziękuję — odpowiedziałam, próbując nawiązać rozmowę. — Piękny dom macie państwo. — Dziękujemy, długo na niego pracowaliśmy — odparła sucho, po czym zniknęła w kuchni.
Przez kolejne godziny czułam się jak intruz. Pomagałam przy dekoracjach, rozmawiałam z gośćmi, ale wciąż miałam wrażenie, że jestem oceniana. Aleksander był szczęśliwy, ale widziałam, że coś go gryzie. — Mamo, wszystko w porządku? — zapytał wieczorem, gdy siedzieliśmy razem na tarasie. — Tak, synku, tylko trochę się denerwuję — skłamałam. — To wielki dzień. — Dla mnie też — odpowiedział cicho. — Chciałbym, żebyś była szczęśliwa. — Jestem, Aleks, naprawdę. — Ale nie byłam. Coś wisiało w powietrzu, coś, czego nie potrafiłam nazwać.
W dniu ślubu dom tętnił życiem. Goście przyjeżdżali od rana, wszyscy eleganccy, uśmiechnięci, z prezentami i kwiatami. Julka wyglądała przepięknie w białej sukni, a Aleksander nie mógł oderwać od niej wzroku. — Jesteś najpiękniejsza na świecie — szepnął jej do ucha, a ona zarumieniła się i spojrzała na mnie z nieśmiałym uśmiechem. Próbowałam się uśmiechnąć, ale w środku czułam, jak narasta we mnie lęk. Przypomniałam sobie własne wesele sprzed lat. Mój mąż, Marek, był wtedy taki szczęśliwy, a ja wierzyłam, że wszystko się ułoży. Ale życie szybko zweryfikowało moje marzenia. Marek odszedł, zostawiając mnie z dwójką dzieci i długami. Przez lata walczyłam o każdy dzień, o każdy uśmiech moich synów. Teraz, gdy Aleksander zaczynał własną rodzinę, bałam się, że historia się powtórzy.
Podczas obiadu siedziałam obok Grażyny. — Pani syn jest bardzo przystojny — powiedziała nagle, zerkając na mnie spod rzęs. — Dziękuję, Julka też jest piękna i mądra — odpowiedziałam, próbując być uprzejma. — Mam nadzieję, że będą szczęśliwi — dodała, ale w jej głosie wyczułam nutę sceptycyzmu. — Ja też — odparłam, choć wcale nie byłam tego pewna. Widziałam, jak Aleksander i Julka wymieniają spojrzenia, jak śmieją się razem, ale też jak czasem milkną, jakby coś ich trapiło.
Wieczorem, gdy zaczęły się tańce, usiadłam na ławce w ogrodzie, z dala od zgiełku. Sławek przysiadł się do mnie. — Mamo, co się dzieje? — zapytał. — Nic, po prostu… — urwałam, nie wiedząc, jak ubrać w słowa to, co czułam. — Boisz się o Aleksa? — Tak. Boję się, że nie będzie szczęśliwy. Boję się, że coś przed nami ukrywa. — Mamo, on jest dorosły. Musisz mu zaufać. — Wiem, ale to nie takie proste. — Westchnęłam ciężko. — Czasem mam wrażenie, że nie znam własnego syna.
Nagle usłyszałam podniesione głosy dochodzące z domu. — Nie możesz tak po prostu tego ukrywać! — krzyczała Julka. — To nie twoja sprawa! — odpowiedział Aleksander. Zerwałam się z ławki i pobiegłam do środka. W salonie stała Julka, zapłakana, a Aleksander patrzył na nią z rozpaczą. — Co się stało? — zapytałam, próbując opanować drżenie głosu. — Nic, mamo, wszystko w porządku — odpowiedział Aleksander, ale widziałam, że kłamie. — Aleks, proszę… — zaczęła Julka, ale on przerwał jej gestem. — Nie teraz. — Wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
Goście udawali, że nic się nie stało, ale czułam na sobie ich spojrzenia. Grażyna podeszła do mnie i szepnęła: — Lepiej, żeby to się nie powtórzyło. — Co pani ma na myśli? — zapytałam, ale ona tylko wzruszyła ramionami i odeszła. Zostałam sama, z tysiącem pytań w głowie. Co się stało między Aleksandrem a Julką? Czy to moja wina? Czy mogłam coś zrobić, by temu zapobiec?
Noc była niespokojna. Leżałam w łóżku, wsłuchując się w ciszę domu. Nad ranem usłyszałam ciche kroki na korytarzu. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam Aleksandra, siedzącego na schodach, z głową w dłoniach. — Synku… — usiadłam obok niego. — Mamo, ja nie wiem, czy dobrze robię — wyszeptał. — Co się stało? — zapytałam delikatnie. — Julka chce dziecka. Ja… ja się boję. Boję się, że nie będę dobrym ojcem. Boję się, że ją zawiodę, tak jak tata zawiódł nas. — Aleks… — objęłam go mocno. — Jesteś zupełnie inny niż twój ojciec. Jesteś dobrym człowiekiem. — Ale jeśli nie jestem gotowy? Jeśli nie potrafię jej dać tego, czego potrzebuje? — Wszyscy się boimy, synku. Ale miłość to nie tylko radość, to też strach, odpowiedzialność, codzienna walka. — Myślisz, że dam radę? — zapytał cicho. — Wierzę w ciebie. I zawsze będę przy tobie, cokolwiek się stanie.
Rano, podczas śniadania, atmosfera była napięta. Julka unikała wzroku Aleksandra, a Grażyna patrzyła na mnie z wyższością. — Może powinniście porozmawiać — zasugerowałam delikatnie. — Niech sami to rozwiążą — odparła Grażyna chłodno. — To ich życie. — Tak, ale rodzina jest po to, by wspierać, nie oceniać — powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. — Czasem wsparcie to zostawienie ich samych — odpowiedziała, po czym wyszła z kuchni.
Po południu Aleksander i Julka poszli na spacer. Wrócili trzymając się za ręce, ale w ich oczach wciąż widziałam cień. — Mamo, możemy porozmawiać? — zapytał Aleksander. — Oczywiście, synku. — Usiedliśmy w ogrodzie, a on opowiedział mi o swoich lękach, o tym, jak bardzo kocha Julkę, ale boi się przyszłości. — Chcę być lepszy niż mój ojciec. Chcę, żeby Julka była szczęśliwa. — Wiem, że dasz radę. Ale musisz rozmawiać z nią szczerze. Nie możesz ukrywać swoich uczuć. — Wiem, mamo. Dziękuję, że jesteś.
Wieczorem, gdy goście zaczęli się rozchodzić, Julka podeszła do mnie i objęła mnie mocno. — Dziękuję, pani Tamaro. Za wszystko. — Nie musisz mi dziękować, Julko. Chcę tylko, żebyście byli szczęśliwi. — Będziemy. Obiecuję.
Patrzyłam na nich, jak tańczą razem w świetle zachodzącego słońca. Wciąż czułam niepokój, ale wiedziałam, że muszę im zaufać. Że muszę pozwolić im popełniać własne błędy, uczyć się na własnych doświadczeniach. Bo miłość to nie tylko radość, to też strach, ból i nadzieja.
Czasem zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy mogłam ochronić Aleksandra przed jego lękami, przed błędami, które popełniłam ja sama? A może właśnie na tym polega bycie matką — na tym, by pozwolić dzieciom iść własną drogą, nawet jeśli serce pęka z niepokoju? Co wy o tym myślicie? Czy łatwo jest pozwolić dzieciom odejść i zaufać, że poradzą sobie sami?