Rozdarte więzi: Zaręczyny mojej siostry, które zmieniły wszystko
„Nie, to chyba jakiś żart…” – te słowa powtarzałam w głowie, patrząc na Zuzannę, która stała pośrodku salonu z szerokim uśmiechem i pierścionkiem na palcu. Wokół niej rozbrzmiewały głosy gości, śmiechy, a mama właśnie wnosiła tort z osiemnastoma świeczkami. Ale nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić.
– Kochani, mam dla was niespodziankę! – Zuzanna podniosła głos, a wszyscy ucichli. – Przyjmijcie proszę mojego narzeczonego, Pawła!
Wtedy do salonu wszedł Paweł, nasz sąsiad, chłopak z klasy równoległej, z którym jeszcze wczoraj żartowaliśmy na przystanku autobusowym. Miał zaledwie dziewiętnaście lat, a teraz stał się narzeczonym mojej młodszej siostry. Mama zamarła z tortem w rękach, tata odłożył gazetę, a babcia zaczęła szeptać coś pod nosem.
– Zuzia, co ty wygadujesz? – zapytała mama, próbując się uśmiechnąć, ale jej głos drżał. – To chyba żart, prawda?
– Nie, mamo. Kocham Pawła i chcę z nim być. Zaręczyliśmy się wczoraj wieczorem.
Wtedy poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przecież Zuzia zawsze była tą rozsądną, cichą, która wolała książki od ludzi. Paweł? Przecież on był… jednym z nas. Naszym rówieśnikiem, kolegą, a nie kandydatem na męża mojej siostry.
Tata wstał, podszedł do Zuzanny i spojrzał jej prosto w oczy. – Jesteś jeszcze dzieckiem. Nie wiesz, co robisz.
– Wiem, tato. Wiem, czego chcę. – Jej głos był stanowczy, a w oczach pojawiły się łzy. – Ty nigdy mnie nie słuchasz. Zawsze tylko twoje zasady, twoje oczekiwania…
Wtedy zaczęło się piekło. Mama płakała, babcia lamentowała, a tata krzyczał, że nie pozwoli na takie głupoty. Paweł stał z boku, blady jak ściana, ściskając dłoń Zuzi. Ja patrzyłam na to wszystko i czułam, jak coś we mnie pęka.
Przez kolejne dni dom zamienił się w pole bitwy. Tata zabronił Zuzannie wychodzić z domu, mama próbowała ją przekonać, żeby się opamiętała, a ja… Ja próbowałam zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Zuzia zamknęła się w swoim pokoju, nie odzywała się do nikogo. Paweł przestał przychodzić, a plotki w szkole rozchodziły się szybciej niż ogień.
Pewnego wieczoru usłyszałam cichy płacz za ścianą. Weszłam do pokoju Zuzi, usiadłam obok niej na łóżku.
– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytałam szeptem. – Przecież mogłaś poczekać, porozmawiać z nami…
Zuzia spojrzała na mnie zapuchniętymi oczami. – Ty nic nie rozumiesz. W tym domu nie da się oddychać. Tata ciągle tylko wymaga, mama udaje, że wszystko jest dobrze, a ja… Ja chcę być wolna. Paweł mnie rozumie. Przy nim czuję się sobą.
– Ale zaręczyny? Tak od razu?
– To była moja decyzja. Przynajmniej raz w życiu zrobiłam coś dla siebie.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Z jednej strony rozumiałam jej bunt, z drugiej – bałam się o nią. Wiedziałam, jak bardzo tata potrafi być surowy, jak bardzo mama boi się konfliktów. Wiedziałam też, że Paweł nie jest gotowy na takie zobowiązania.
Następnego dnia tata zabrał Zuzannę na poważną rozmowę. Słyszałam przez drzwi podniesione głosy, płacz, trzask drzwi. Wieczorem Zuzia spakowała walizkę i wyszła z domu. Mama próbowała ją zatrzymać, ale ona tylko powiedziała: – Albo pozwolicie mi być sobą, albo nie wrócę.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy w zawieszeniu. Mama chodziła jak cień, tata zamknął się w sobie, a ja próbowałam pogodzić się z myślą, że nasza rodzina już nigdy nie będzie taka sama. Zuzia zamieszkała u Pawła, rzuciła szkołę, zaczęła pracować w kawiarni. Czasem pisała do mnie krótkie wiadomości: „Jestem szczęśliwa. Nie martw się.” Ale ja widziałam ją czasem na mieście – zmęczoną, przygaszoną, jakby coś ją przytłaczało.
Pewnego dnia Paweł przyszedł do naszego domu. Był wyraźnie zdenerwowany. – Muszę z wami porozmawiać – powiedział do moich rodziców. – Zuzia nie jest szczęśliwa. Nie radzi sobie. Potrzebuje was.
Mama rozpłakała się, tata długo milczał, w końcu powiedział tylko: – To była jej decyzja.
Nie mogłam tego znieść. Pojechałam do Zuzi. Zastałam ją siedzącą na podłodze, otoczoną pustymi kubkami po kawie.
– Zuzia, wracaj do domu. Proszę.
– Nie mogę. Tata mnie nienawidzi. Mama się mnie boi. A ty… Ty zawsze byłaś tą lepszą.
– Nieprawda. Po prostu się o ciebie martwię.
Zuzia spojrzała na mnie z rozpaczą. – Nie wiem już, czego chcę. Myślałam, że zaręczyny wszystko zmienią, że będę wolna. Ale czuję się jeszcze bardziej samotna. Paweł też nie jest taki, jak myślałam. On też się boi.
Objęłam ją, a ona rozpłakała się w moich ramionach.
Po kilku tygodniach Zuzia wróciła do domu. Tata długo nie potrafił z nią rozmawiać, mama próbowała udawać, że nic się nie stało. Ja byłam pośrodku tego wszystkiego, próbując posklejać rozdarte więzi. Zuzia zerwała zaręczyny, wróciła do szkoły, ale już nigdy nie była taka sama.
Czasem patrzę na nią i zastanawiam się, ile jeszcze takich dramatów czeka naszą rodzinę. Czy można być szczęśliwym, jeśli trzeba walczyć o siebie kosztem innych? Czy miłość naprawdę jest warta takiej ceny?
Może szczęście to nie jest coś, co się zdobywa, tylko coś, co trzeba zbudować razem – cegła po cegle, dzień po dniu. Ale czy my jeszcze potrafimy budować, czy tylko burzyć?