Nie zostałam zaproszona na ślub własnej córki. Historia matki z polskiej wsi, która pyta: gdzie popełniłam błąd?

– Mamo, proszę cię, nie rób sceny – głos Ani drżał, choć próbowała brzmieć stanowczo. Stałyśmy naprzeciwko siebie w mojej ciasnej kuchni, gdzie jeszcze pachniało świeżo upieczonym chlebem. Za oknem szarzał listopadowy wieczór, a ja czułam, jakby w moim sercu ktoś zgasił światło.

– Sceny? – powtórzyłam, próbując opanować łzy. – Aniu, ja tylko chcę zrozumieć. Dlaczego nie powiedziałaś mi o ślubie? Dlaczego dowiedziałam się od sąsiadki?

Ania spuściła wzrok. Jej dłonie nerwowo bawiły się paskiem od torebki. – To nie tak, mamo. Po prostu… to wszystko jest trudne. Ty nie rozumiesz mojego życia w Warszawie. Tam wszystko jest inne.

Przez chwilę milczałyśmy. Słyszałam tylko tykanie zegara i własne serce bijące jak oszalałe. Przypomniałam sobie, jak nosiłam ją na rękach, jak tuliłam do snu, jak płakała po rozbitym kolanie. Czy naprawdę tak bardzo się zmieniła? Czy to ja się zmieniłam?

Wróciłam myślami do dnia, kiedy Ania wyjechała na studia. Byłam z niej dumna – pierwsza w naszej rodzinie dostała się na uniwersytet. Płakałam wtedy ze szczęścia i ze strachu. Bałam się, że Warszawa ją pochłonie, że zapomni o swoich korzeniach. Ale zawsze powtarzałam sobie: „Niech leci wysoko, byleby wracała”.

Z początku dzwoniła często. Opowiadała o wykładach, nowych znajomych, o tym, jak trudno znaleźć tani pokój. Z czasem rozmowy stawały się coraz rzadsze. Zaczęła mówić innym językiem – pełnym obcych słów i pośpiechu. Gdy przyjeżdżała na święta, coraz częściej patrzyła na mnie z pobłażaniem.

Pamiętam Wigilię sprzed dwóch lat. Przyniosłam na stół barszcz i uszka, a ona skrzywiła się: – Mamo, mogłabyś kiedyś spróbować czegoś nowego? W Warszawie jemy teraz zupełnie inaczej.

Zabolało mnie to wtedy, ale przemilczałam. Myślałam: „Przejdzie jej”.

A potem przyszło lato i wiadomość od sąsiadki: – Mario, słyszałaś? Twoja Ania wychodzi za mąż! Podobno ślub już za tydzień.

Nie wierzyłam. Zadzwoniłam do Ani natychmiast. Odebrała po kilku sygnałach.

– Tak, mamo… To prawda. Ale to będzie mały ślub, tylko dla najbliższych…

– A ja nie jestem najbliższa? – zapytałam cicho.

– Mamo…

I wtedy zrozumiałam: ona się mnie wstydzi. Wstydzi się moich rąk popękanych od pracy w polu, mojego akcentu, mojej starej sukienki. Wstydzi się tego wszystkiego, co ją ukształtowało.

Przez tydzień nie wychodziłam z domu. Sąsiedzi patrzyli na mnie ze współczuciem albo z satysfakcją – bo przecież „miastowa” córka zawsze była powodem plotek.

W dzień ślubu siedziałam sama przy kuchennym stole. Przede mną stał kubek zimnej herbaty i zdjęcie Ani z pierwszej komunii. Patrzyłam na jej uśmiechniętą buzię i pytałam siebie: gdzie popełniłam błąd?

Wieczorem zadzwonił telefon. To była Ania.

– Mamo…

– Tak?

– Chciałam ci powiedzieć… Przepraszam.

– Za co?

– Za wszystko. Za to, że cię zraniłam. Ale ja… ja naprawdę nie wiedziałam, jak to zrobić inaczej.

– Aniu, czy ty mnie jeszcze kochasz?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Kocham cię, mamo. Ale boję się… Boję się twojego rozczarowania mną.

Zacisnęłam powieki, żeby nie płakać.

– Ja nigdy nie będę tobą rozczarowana – wyszeptałam.

Rozłączyła się pierwsza.

Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Nie widziałyśmy się ani razu. Czasem pisze krótkie wiadomości: „Jak się czujesz?”, „Potrzebujesz czegoś?”. Odpowiadam zdawkowo.

Czuję w sobie pustkę i żal, ale też dumę – bo wychowałam córkę silną i niezależną. Może za bardzo? Może dałam jej skrzydła, ale nie nauczyłam wracać do gniazda?

Czasem patrzę na stare zdjęcia i pytam siebie: czy można być dobrą matką i jednocześnie stracić dziecko? Czy miłość zawsze musi boleć?

A wy… czy wy też kiedyś poczuliście się obcy we własnej rodzinie? Czy można jeszcze naprawić to, co pękło między matką a córką?