Myślałam, że wspólne mieszkanie z kuzynką to świetny pomysł. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam…
— Znowu kupiłaś te tanie płatki? — Ania rzuciła opakowanie na blat kuchenny z wyraźnym niesmakiem. — Przecież mówiłam, że mam alergię na konserwanty!
Stałam w kuchni, ściskając w dłoni paragon z Biedronki. W głowie już liczyłam, czy wystarczy mi na rachunek za prąd. — Aniu, to były jedyne na promocji. Poza tym, sama wiesz, jak jest… — próbowałam tłumaczyć, ale ona już przewracała oczami.
Nie tak wyobrażałam sobie wspólne mieszkanie z kuzynką. Kiedy pół roku temu zadzwoniła do mnie z płaczem, że nie stać jej na wynajem kawalerki w Warszawie, nie wahałam się ani chwili. — Przecież razem będzie nam raźniej i taniej! — przekonywała mnie przez telefon. Ja też miałam nadzieję na odrobinę wsparcia i towarzystwa. Od kiedy mama zachorowała i musiałam przejąć część jej obowiązków, czułam się coraz bardziej samotna.
Pierwsze tygodnie były nawet przyjemne. Wspólne wieczory przy herbacie, plotki o rodzinie, śmiechy z dzieciństwa. Ale szybko okazało się, że nasze podejście do życia różni się jak dzień i noc.
Ania pracowała w agencji reklamowej i zarabiała więcej ode mnie, ale jej pieniądze znikały szybciej niż moje skromne wypłaty z biblioteki. Nowe ubrania, kosmetyki z drogerii, sushi na wynos — wszystko musiało być „najlepsze”. Ja od lat nie kupiłam sobie nic nowego poza bielizną z Pepco i kurtką z lumpeksu.
— Nie rozumiem, jak możesz chodzić w tych starych butach — rzuciła pewnego ranka, patrząc na moje znoszone trampki. — Przecież to wstyd!
Zacisnęłam zęby. Wstyd? Dla mnie wstydem byłoby nie mieć za co zapłacić za leki dla mamy albo nie móc kupić jedzenia na tydzień.
Z czasem zaczęły się drobne spięcia o rachunki. — Czemu ja mam płacić połowę za prąd, skoro ty siedzisz wieczorami przy lampce i czytasz te swoje książki? — pytała Ania. — Ja wracam późno i prawie mnie nie ma!
Próbowałam tłumaczyć, że korzysta z łazienki dwa razy dłużej ode mnie i codziennie używa suszarki do włosów. Ale ona tylko wzruszała ramionami.
Najgorsze przyszło po miesiącu. Zorientowałam się, że Ania zaczęła pożyczać ode mnie pieniądze „do pierwszego”. Najpierw 20 złotych na kawę z koleżanką, potem 50 złotych na manicure. Zawsze obiecywała oddać „jutro”.
Pewnego wieczoru wróciłam zmęczona po pracy i zobaczyłam ją w salonie z paczką nowych ubrań z Zalando.
— Aniu, mówiłaś, że nie masz pieniędzy…
— Oj, przestań! To była promocja! Poza tym oddam ci wszystko do końca miesiąca.
Ale miesiąc mijał, a ja coraz częściej musiałam wybierać: zapłacić za gaz czy kupić leki dla mamy? Zaczęłam ukrywać przed nią portfel i liczyć każdy grosz.
W domu narastało napięcie. Przestałyśmy ze sobą rozmawiać poza krótkimi komunikatami o rachunkach czy zakupach. Czułam się jak intruz we własnym mieszkaniu.
Pewnej soboty zadzwoniła do mnie mama:
— Kasiu, wszystko w porządku? Brzmisz jakoś smutno…
— Tak, mamo… Po prostu jestem zmęczona.
— Może powinnaś porozmawiać z Anią? To przecież rodzina…
Ale jak rozmawiać z kimś, kto nie widzi problemu?
W końcu zebrałam się na odwagę. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
— Aniu, musimy ustalić zasady. Nie stać mnie na to, żeby ciągle ci pożyczać pieniądze i płacić za wszystko po równo, skoro ty wydajesz więcej niż ja zarabiam.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem:
— Myślałam, że rodzina jest od tego, żeby sobie pomagać! Ty zawsze byłaś taka… oszczędna. Co ci szkodzi?
Poczułam gulę w gardle.
— Pomagać to nie znaczy być wykorzystywanym.
Wybuchła płaczem i zamknęła się w swoim pokoju. Przez kolejne dni unikałyśmy się jak ognia.
W pracy byłam coraz bardziej rozkojarzona. Koleżanka zapytała:
— Kasiu, wszystko dobrze? Wyglądasz na wykończoną.
— Mam trochę problemów w domu…
Nie chciałam się żalić. W końcu to ja zaprosiłam Anię do siebie. To ja powinnam była przewidzieć konsekwencje.
Po dwóch tygodniach Ania oznajmiła:
— Znalazłam pokój bliżej centrum. Wyprowadzam się za tydzień.
Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Uściskałyśmy się na pożegnanie, ale już bez łez ani czułości.
Dziś siedzę sama w kuchni i patrzę na pusty kubek po herbacie. Znowu liczę paragony i planuję zakupy na cały tydzień. Może jestem nudna i przewidywalna, ale przynajmniej wiem, że nikt mnie nie wykorzystuje.
Czy naprawdę rodzina powinna być ponad wszystko? A może czasem trzeba postawić granice — nawet najbliższym?