Między Pokoleniami: Opowieść o Cieniu i Świetle
— Zosiu, czy ty naprawdę myślisz, że możesz tak po prostu zostawić mamę? — głos mojej siostry, Anety, przeszył mnie jak sztylet. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni naszego rodzinnego mieszkania na Pradze. Za oknem szarzał listopadowy dzień, a ja czułam, jakby całe powietrze w pokoju zgęstniało od niewypowiedzianych pretensji.
— Aneta, nie zostawiam jej. Po prostu… nie dam już rady sama. Ty nawet nie wiesz, jak to jest — odpowiedziałam, z trudem powstrzymując łzy. Mama od miesięcy była coraz słabsza. Jej pamięć płatała figle, czasem nie poznawała mnie ani wnuczki. Wszystko spadło na mnie — opieka, zakupy, lekarze. Aneta przyjeżdżała raz na dwa tygodnie z Piaseczna i zawsze miała gotowe rady.
— Zosiu, ale przecież to nasza mama! — podniosła głos. — Ja mam dwójkę dzieci, pracę, męża… Nie mogę jej zabrać do siebie.
— A ja co mam? — wybuchłam. — Też mam córkę! I też pracuję! Tylko że ty zawsze możesz się wymigać. Bo dalej mieszkasz, bo masz swoje życie…
Wtedy mama weszła do kuchni. Miała na sobie sweter założony na lewą stronę i pantofle nie do pary. Spojrzała na nas nieobecnym wzrokiem.
— Dziewczynki… czy już czas na kolację?
Serce mi pękło. Aneta odwróciła wzrok.
— Mamo, jeszcze nie — powiedziałam łagodnie. — Usiądź sobie, zaraz ci zrobię herbatę.
Mama usiadła przy stole i zaczęła bawić się obrusem. Przez chwilę w kuchni panowała cisza przerywana tylko szumem czajnika.
— Może powinniśmy ją oddać do domu opieki — powiedziała nagle Aneta szeptem.
Poczułam, jakby ktoś mnie uderzył w twarz.
— Nigdy! — syknęłam. — Ona by tam umarła z tęsknoty.
— A ty tu umierasz z wyczerpania! — odparowała siostra.
Nie spałam tej nocy. Siedziałam przy łóżku mamy i patrzyłam na jej pomarszczoną twarz. Przypomniałam sobie, jak kiedyś śpiewała mi kołysanki, jak piekłyśmy razem szarlotkę na święta. Teraz była cieniem tamtej kobiety.
Rano zadzwonił telefon. To był mój mąż, Paweł.
— Zosia, musimy porozmawiać. Córka znowu dostała jedynkę z matematyki. Nie ma cię w domu, wszystko jest na mojej głowie!
— Przepraszam… Ja po prostu nie wiem już, co robić — wyszeptałam.
— Może czas pomyśleć o sobie i naszej rodzinie? Twoja mama nie jest już sobą… — powiedział cicho.
Przez następne dni chodziłam jak we śnie. Mama coraz częściej gubiła się w mieszkaniu, raz prawie wyszła na ulicę w kapciach. Córka zamknęła się w sobie, przestała rozmawiać ze mną o szkole. Paweł coraz częściej wracał późno z pracy.
W końcu zadzwoniłam do Anety.
— Musimy się spotkać i ustalić coś na stałe. Ja już nie daję rady.
Spotkałyśmy się w kawiarni przy rondzie Wiatraczna. Aneta przyszła z mężem, Michałem.
— Zosiu, my naprawdę nie możemy zabrać mamy do siebie — zaczęła Aneta od razu. — Michał pracuje po dwanaście godzin dziennie, dzieci mają zajęcia dodatkowe…
— A ja co mam powiedzieć?! — przerwałam jej. — Moja rodzina się rozpada!
Michał spojrzał na mnie ze współczuciem.
— Może rzeczywiście dom opieki to nie jest taki zły pomysł… Są dobre miejsca pod Warszawą. Możemy się złożyć na prywatny ośrodek.
Zacisnęłam pięści pod stołem.
— Mama całe życie pracowała dla nas! Teraz mamy ją oddać obcym ludziom?
Aneta spuściła wzrok.
— Zosiu… ona już nas nie poznaje. Może tam będzie miała lepszą opiekę niż u nas?
Wróciłam do domu roztrzęsiona. Przez całą noc płakałam w poduszkę. Rano spojrzałam na mamę i zobaczyłam w jej oczach coś nowego — lęk? Smutek? Czy ona coś przeczuwa?
Tydzień później przyszło pismo z urzędu miasta: „Zasiłek pielęgnacyjny został przyznany”. Siedziałam nad tym papierem i czułam się jak oszustka. To miało pomóc, ale nie pomagało nic.
W pracy szefowa zaczęła robić mi uwagi: „Zosiu, jesteś rozkojarzona! Klienci narzekają!” W domu Paweł coraz częściej milczał przy kolacji. Córka zamknęła się w swoim pokoju na klucz.
Pewnego dnia mama przewróciła się w łazience. Znalazłam ją leżącą na zimnych kafelkach, płakała cicho jak dziecko.
— Nie chcę być ciężarem… — wyszeptała przez łzy.
To był moment przełomowy. Zadzwoniłam do Anety i powiedziałam:
— Dobrze. Szukajmy domu opieki.
Aneta przyjechała następnego dnia z katalogami ośrodków. Przeglądałyśmy je razem przy stole, a mama patrzyła na nas z niezrozumieniem.
— Co robicie? — zapytała cicho.
— Szukamy dla ciebie miejsca, gdzie będzie ci dobrze — odpowiedziała Aneta drżącym głosem.
Mama nic nie powiedziała. Tylko spojrzała na mnie takim wzrokiem, że poczułam się najgorszym człowiekiem na świecie.
Dwa tygodnie później zawiozłyśmy ją do ośrodka pod Otwockiem. Pachniało tam czystością i lekami. Pielęgniarki były miłe, ale obce.
Kiedy wychodziłyśmy z Anetą do samochodu, mama stała w oknie i machała nam ręką jak dziecko odprowadzające matkę do pracy.
Wróciłam do pustego mieszkania i długo siedziałam w ciszy. Paweł objął mnie ramieniem.
— Zrobiłaś wszystko, co mogłaś — powiedział cicho.
Ale ja wiedziałam swoje: zawiodłam mamę tak samo, jak ona kiedyś zawiodła mnie, gdy byłam małą dziewczynką i zostawiła mnie u babci na całe lato, bo musiała pracować.
Czas płynął dalej. Córka zaczęła lepiej się uczyć, Paweł wracał wcześniej do domu. Ale ja codziennie budziłam się z poczuciem winy i tęsknoty za mamą.
Któregoś dnia pojechałam do ośrodka sama. Mama siedziała na ławce w ogrodzie i patrzyła na kwiaty.
— Mamo… przepraszam — wyszeptałam.
Spojrzała na mnie długo i powiedziała:
— Wszystko dobrze, Zosieńko. Ja już jestem zmęczona tym światem…
Wróciłam do domu i długo patrzyłam w okno na szare warszawskie niebo.
Czy można wybaczyć sobie takie decyzje? Czy to czasy są winne temu wszystkiemu — czy my sami? Co byście zrobili na moim miejscu?