Dwa dni do wypłaty, 112 zł na koncie i jedno spotkanie, które zmieniło moje życie
— Mamo, jeszcze soczek! — usłyszałam cichy głosik mojego czteroletniego synka, Stasia, kiedy stałam w kolejce do kasy w Biedronce. W jednej ręce trzymałam go na biodrze, drugą ściskałam portfel, w którym zostało mi dokładnie 112 złote i 37 groszy. Dwa dni do wypłaty, a w koszyku tylko najpotrzebniejsze rzeczy: chleb, mleko, masło, kilka jabłek i paczka makaronu. Staś patrzył na mnie wielkimi, błękitnymi oczami, a ja czułam, jak narasta we mnie bezsilność.
Przede mną starsza pani, drobna, z siwymi włosami upiętymi w kok, próbowała odliczyć drobne na kasie. Kasjerka, młoda dziewczyna z wyraźnym zmęczeniem na twarzy, powtarzała: — To będzie 23 złote i 40 groszy. — Starsza pani drżącymi rękami przeliczała monety, a za nami kolejka zaczęła się niecierpliwić. Ktoś westchnął, ktoś inny spojrzał na zegarek.
Spojrzałam na Stasia, potem na starszą panią. Widziałam, jak jej ręce się trzęsą, jak w oczach pojawia się wstyd. — Proszę się nie martwić, ja dopłacę — powiedziałam nagle, zanim zdążyłam się zastanowić. Wyjęłam z portfela 4 złote i podałam kasjerce. Starsza pani spojrzała na mnie z niedowierzaniem, a potem jej oczy napełniły się łzami. — Dziękuję, dziecko… — wyszeptała. — Nie wiem, jak się odwdzięczę.
— Proszę się nie martwić, naprawdę. Każdemu może się zdarzyć — odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć, choć w środku czułam, jak ściska mnie w żołądku. Wiedziałam, że te 4 złote mogą mi się jeszcze przydać, ale nie mogłam patrzeć, jak ktoś inny czuje się jeszcze gorzej ode mnie.
Wyszłam ze sklepu, Staś trzymał mnie za rękę, a ja czułam się dziwnie lekko. Przez chwilę zapomniałam o własnych problemach. W domu czekała na mnie mama, która od kilku miesięcy była na rencie po operacji biodra. Mój mąż, Tomek, pracował na budowie, ale ostatnio miał mniej zleceń. Każdy grosz się liczył, a ja odliczałam dni do wypłaty, martwiąc się, czy starczy nam na rachunki.
Wieczorem, kiedy Staś już spał, usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam przeglądać rachunki. Mama spojrzała na mnie z troską. — Dziecko, nie martw się tak. Jakoś damy radę. — Ale ja wiedziałam, że to nie takie proste. Zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, pomagając tej pani. Może powinnam była myśleć o własnej rodzinie? Ale sumienie nie dawało mi spokoju — przecież to tylko 4 złote, a dla niej to mogło być wszystko.
Następnego dnia rano, kiedy odprowadzałam Stasia do przedszkola, zobaczyłam tę samą starszą panią siedzącą na ławce przed sklepem. Uśmiechnęła się do mnie i pomachała. — Dzień dobry, kochana. Czekałam na panią. — Zdziwiłam się, ale podeszłam bliżej. — Chciałam pani jeszcze raz podziękować. Wie pani, ja nie mam nikogo. Mój syn wyjechał do Niemiec, rzadko dzwoni. Wczoraj, dzięki pani, poczułam, że nie jestem sama. — Usiadłam obok niej, a ona zaczęła opowiadać mi o swoim życiu. O samotności, o tęsknocie za rodziną, o tym, jak ciężko jest być starszym człowiekiem w dzisiejszych czasach.
Rozmawiałyśmy długo, aż Staś zaczął się niecierpliwić. Pożegnałam się, ale w głowie zostały mi jej słowa. Przez cały dzień myślałam o tej rozmowie. Może to ja powinnam być wdzięczna, że mam rodzinę, że mam dla kogo się starać?
Wieczorem, kiedy Tomek wrócił z pracy, opowiedziałam mu o wszystkim. — Dobrze zrobiłaś — powiedział, choć widziałam, że martwi się o pieniądze tak samo jak ja. — Dobro wraca, zobaczysz.
Następnego dnia, kiedy wracałam z pracy, zobaczyłam w skrzynce list. Był zaadresowany do mnie, ale nie rozpoznałam nadawcy. W środku znalazłam kartkę z podziękowaniem i… 200 złotych. „Dziękuję za dobroć. Niech pani nigdy nie przestaje wierzyć w ludzi. — Z wdzięcznością, Maria Kwiatkowska”.
Zaniemówiłam. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. 200 złotych — dla mnie to była ogromna suma. Pobiegłam do mamy, pokazałam jej list. — Widzisz? Mówiłam, że dobro wraca — uśmiechnęła się.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o Marii, o tym, jak niewiele trzeba, żeby odmienić czyjś dzień. Przypomniałam sobie, jak wiele razy sama potrzebowałam pomocy, ale wstydziłam się poprosić. Ile razy czułam się samotna w tłumie, ile razy miałam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie.
Następnego dnia poszłam do sklepu z zamiarem odnalezienia Marii. Chciałam jej podziękować, porozmawiać, może zaprosić na herbatę. Niestety, nie było jej na ławce. Pytałam kasjerki, ale nikt jej nie widział. Przez kilka dni szukałam jej w okolicy, ale jakby zapadła się pod ziemię.
Z czasem zaczęłam wierzyć, że to spotkanie miało być dla mnie lekcją. Że czasem warto zaryzykować, nawet jeśli wydaje się, że nie mamy z czego dać. Że dobroć naprawdę wraca, choć nie zawsze w taki sposób, jakiego się spodziewamy.
Od tamtej pory staram się częściej pomagać innym, nawet jeśli sama mam niewiele. Staś nauczył się, że warto dzielić się z innymi, a Tomek zaczął częściej się uśmiechać. W domu jest więcej spokoju, mniej kłótni o pieniądze. Może to tylko przypadek, a może naprawdę jeden gest potrafi zmienić wszystko?
Czasem, kiedy patrzę na ludzi w sklepie, zastanawiam się, ile z nich nosi w sobie podobne historie. Ile z nich potrzebuje tylko jednego uśmiechu, jednego słowa, jednej drobnej pomocy, żeby poczuć się lepiej. Czy naprawdę tak trudno jest być dla siebie dobrym? Czy świat byłby inny, gdybyśmy częściej patrzyli na siebie z empatią, a nie przez pryzmat własnych problemów?
Może to właśnie o to chodzi w życiu — żeby nie bać się dawać, nawet jeśli sami mamy niewiele. Bo czasem to, co wydaje się drobiazgiem, dla kogoś innego jest wszystkim. Czy gdybym wtedy nie pomogła Marii, moje życie potoczyłoby się inaczej? Czy dobroć naprawdę wraca, czy to tylko przypadek? A może warto po prostu wierzyć, że każdy gest ma znaczenie?